Jest taka książka, która pokazuje, jak dobrze zabawy językowe i stylistyczne mogą się sprawdzać w przedstawianiu obrazu świata. Sławomir Shuty, który na rynek z powieścią “Bełkot” (Ha!art) powraca, kwestionuje zastane frazeologizmy i zwyczaje językowe, a jednocześnie – daje im drugie życie przez ciągłe dekonstruowanie. Proponuje książkę, która odzwierciedla nastroje społeczne (odnosi się zwłaszcza do obserwacji dotyczących Polski w latach 90.), a pisze tak, żeby to forma jak najbardziej przykuwała uwagę. Próżno czekać tu na fabułę, bieg wydarzeń logicznie uporządkowany i precyzyjny. Shuty woli podważać słowa, sprawdzać, ile da się dokonać w sferze narracji. Zamienia tym samym swoją prozę niemal na lirykę, uwodzi znaczeniami i trafnością obserwacji. Co ciekawe, nie ma problemu z wydobywaniem sensów: nie tylko dostrzega społeczne i drażliwe kwestie, ale potrafi je też ubrać w atrakcyjną formę. I chociaż takiego “Bełkotu” nie dałoby się na dłuższą metę wytrzymać, Shuty potrafi przykuć uwagę odbiorców i sprawia, że zostają z nim do końca – nie po to, by dowiedzieć się, o co właściwie chodzi, ale żeby podziwiać warsztat autora.

Z kolei Hanna Cygler uderza w inny aspekt rynkowych trendów. “Złodziejki Świąt” (Rebis) to powieść utrzymana w grudniowym klimacie, przynajmniej pozornie. Bo autorka wykorzystuje wątek marketingowy po to, żeby swoim bohaterkom zapewnić wytchnienie od codziennych zmartwień. Teraz na pierwszy plan wychodzi “fabryka” książek, jedna z postaci boryka się z niezdrową konkurencją, inna – próbuje pomóc macosze i jej niemowlęciu w najtrudniejszej życiowej chwili. Święta schodzą tu na daleki plan, wszyscy zajmują się życiem w jego skomplikowanych przejawach. Hanna Cygler bawi się natomiast motywem wydawnictw, całej otoczki promocyjnej, relacji między zazdrosnymi autorami i sposobów na funkcjonowanie w mediach społecznościowych. Jest to zatem powieść, która przynosi całkiem sporo oryginalnych tematów i pozwala na lekturę nawet odbiorcom sceptycznie nastawionym do fabuł grudniowych. Cygler ucieka od stereotypów literackich i nie musi wykorzystywać rozwiązań schematycznych.

Wielką niespodziankę dla fanów “Gry o tron” przygotował James Hibberd. “Ogień nie zabije smoka” (W.A.B.) to licząca ponad pięćset stron opowieść o kulisach powstawania serialu. Autor rozmawia z aktorami i pracownikami z planu filmowego, gromadzi anegdoty i historie, które inaczej nie dotarłyby do szerokiej publiczności. Opowiada o pomysłach na kolejne sceny, wątki i postacie wyłuskiwane z książek – i zestawia to z koniecznością zachowania rygorów serialowych. Przybliża odbiorcom zasady powstawania najbardziej skomplikowanych ujęć, przymierza się też do sprawdzenia, jakie wyzwania okazały się nie do przejścia. Czasami zajmuje się psychiką samych aktorów, którzy musieli mierzyć się z wyjątkowo wymagającymi zadaniami, innym razem – opowiada o konieczności utrzymania w sekrecie wielkiego finału serialu.

Martyna Skibińska tymczasem wykorzystuje motyw satyry na rzeczywistość oraz modę na powieści kryminalne i detektywistyczne dla dzieci i młodzieży. “Wyjaśnij to, Lotko” (Dwie Siostry) to powieść klasyczna, z elementami zrodzonymi z komentarzy do otaczającej autorkę rzeczywistości. W szkole Lotki – rozkochanej w kryminałach dziewczynki – dzieją się dziwne rzeczy. Bohaterka nie za bardzo może pojąć, kto stoi za dziwnymi wydarzeniami – dlatego zamienia się w detektywa i działa na wzór swojego ulubionego książkowego bohatera. Uważnie obserwuje kolejne wydarzenia, notuje fakty i tworzy tabelki z wiadomościami na temat różnych podejrzanych. Chce, żeby logiczne myślenie doprowadziło ją do wykrycia tego, kto wstrząsnął szkołą i zapewnił dzieciakom trochę rozrywki. Autorka proponuje odbiorcom powieść szybką, zwartą i wykorzystującą motywy absurdalne – jednak też mocno czerpiącą z klasyki. Lotka nie zachowuje się infantylnie, to raczej postać do podziwiania niż do wyprzedzania w obserwacjach i wnioskach – książka staje się zatem odświeżeniem pomysłu na kryminalne serie dla najmłodszych.

 

Izabela Mikrut