Jest taka książka, która przypomina antyreportaż, albo reportaż z miejsc, w których nic się nie dzieje. Piotr Marecki wybiera się na dwa tygodnie wojaży po malutkich miejscowościach, które z niczego nie słyną, a przyciągnąć uwagę mogą jedynie za sprawą przedziwnych nazw. Jeździ od wsi do wsi, pyta, czy na miejscu napełnią mu termos kawą (niektórzy napełniają chętnie, inni każą sobie za taką usługę słono płacić). Szerzy wiedzę o ochronie środowiska i rezygnowaniu z plastiku (wydaje się, że za sprawą wielkich kampanii medialnych nie trzeba już uświadamiać społeczeństwa – ale w małych miejscowościach spotyka się autor z dużym zdziwieniem lokalsów). Pije piwo w pubach, czasami z kimś porozmawia, dowie się, jaka jest atrakcja turystyczna w otoczeniu – i przekonuje się, że Polska przydrożna wiele do zaoferowania nie ma. Tom „Polska przydrożna” (Czarne) to właśnie taka leniwa opowieść o niczym, z miejsc, w których czas się zatrzymał (czasami dosłownie, bo szyldy sklepów pamiętają czasy PRL). Marecki fotografuje drogi wijące się wśród pól, tablice z nazwami albo szyldy sklepów i ozdoby z opon samochodowych. Nie trafi na temat-sensację, ale też okoliczności temu nie sprzyjają. Upał, bezruch, miejscowy „folklor” w postaci okolicznych pijaczków – to wszystko. Dla człowieka z wielkiego miasta to kompletnie inny świat, nieznajomy i być może przez to nawet fascynujący, chociaż niekoniecznie na długo. Ta publikacja nie będzie dostarczać wielkich emocji ani trasy, którą warto podążać. Autor podkreśla jedynie ogólną atmosferę senności. Nawet jeśli w jakimś miejscu komuś akurat się chce – postarać o dofinansowanie, poszukać zajęcia, aktywizować lokalną społeczność – to w dziesięciu innych wszyscy będą woleli czekać nie wiadomo na co. Otuchy ta opowieść nie dodaje, ale daje do myślenia.

Tomasz Orłowski w tomie „Nasz zakochany przewodnik po Francji” (Rebis) wybiera inny sposób relacjonowania podróży i życia w obcym kraju. Dzieli się z odbiorcami własnymi fascynacjami: szuka miejsc, które warto zwiedzić (ale niekoniecznie tych wskazywanych przez przewodniki turystyczne), przedstawia kilka (stanowczo za mało) anegdot ze swojego otoczenia. Dzieli się także relacjami kulinarnymi – odwołuje się zarówno do żabich udek, jak i do serów pleśniowych, zachęca do skosztowania owoców morza. Bardzo stara się zapewnić czytelnikom wrażenia turystyczne (gdyby ktoś wybierał się w dalszą podróż i potrzebował wskazań co do tras i miejsc), ale też literackie – bo w opowieści stawia na dopracowane tekstowo wyznania. Pisze starannie i w sposób bardzo klasyczny, niemodny wręcz dzisiaj – dzięki czemu automatycznie wyróżnia się na rynku.

Z kolei Charles M. Schulz w kolejnym tomie „Fistaszków zebranych” (Nasza Księgarnia) dalej bawi się ze swoimi zawsze dziecięcymi bohaterami: Charliemu raz udaje się uderzenie w baseballu, Snoopy ląduje w szpitalu z zapaleniem płuc, Rerun zdobywa nowe umiejętności, a Woodstock razem z całą ptasią ekipą skautów rusza na ciekawe wyprawy. Komiksowe stripy mają wydźwięk filozoficzny, nie tylko rozrywkowy – nic dziwnego, że ta seria ma wielu fanów w różnych krajach. W polskiej wersji językowej tłumaczenie Michała Rusinka, który znakomicie podkreśla puenty drobnych opowiastek, stanowi dodatkowy atut – i powód, dla jakiego powinno się po „Fistaszki zebrane” sięgnąć. Zwłaszcza że seria powoli zbliża się ku końcowi, a szybko się nie znudzi.

W czasie pandemii wydawnictwo Dwie Siostry zdecydowało się na promowanie książek wydanych w ostatnich latach, niekoniecznie nowinek. I tak można trafić na prawdziwe perły, które rozbawią nie tylko dzieci. „Szczęka Alfreda” (Dwie Siostry), olbrzymi picture book – to pierwsza publikacja przygotowana dla dzieci przez braci, Jona i Tuckera Nicholsów. Oto bohater gubi gdzieś sztuczną szczękę i za radą siostry – porządkuje przechowywane w domu przedmioty. Kolejne rozkładówki są ich prezentacją, którą naprawdę warto uważnie prześledzić, bo humor pojawia się nie tylko w klasyfikacjach (do jednego pudła Alfred chowa wyłącznie rzeczy na S, a do innego – żółte), ale i w samych rzeczach odpowiednio dobranych. Ten tom rozwija wyobraźnię, a ilustracyjnie – kojarzy się z kreską Butenki. To książka, która może posłużyć jako gadżet i prezent dla bałaganiarzy oraz tych, którzy muszą mieć wszystko pedantycznie ułożone – niepowtarzalna i bardzo śmieszna.

Izabela Mikrut