Jest taka książka, która błyskawicznie poprawi humor, bo przypomni czytelnikom o drobnych przyjemnościach i możliwości skupiania się na tym, co daje dziecięcą radość. Wejście pod prysznic po ciężkim dniu, strzelanie z folii bąbelkowej, wąchanie nowo kupionych kredek – żaden z dorosłych nie ma takich punktów na swojej liście priorytetów. A jednak tego typu detale umilają codzienność i dostarczają chwilowej – ale bardzo potrzebnej – rozrywki. Neil Pasricha w tomie „Awesome. Księga małych cudowności” (Filia) gromadzi (przy wydatnym udziale czytelników bloga-podstawy tomu) tego typu sympatyczne chwile. Rejestruje, czasami opatruje niewielkim komentarzem, przypominając odbiorcom, że mogą zawsze znaleźć coś, co umili im dzień. Każdy minirozdział kończy entuzjastycznym „to cudowne”. I chociaż metoda Pollyanny – szukanie w każdym doświadczeniu czegoś dobrego – niektórym może wydać się naiwna i męcząca, „Awesome” przynosi wytchnienie i rozbawia. Można się z autorem w paru miejscach nie zgadzać – ale bardziej prawdopodobne jest to, że po lekturze odbiorcy zaczną zwracać większą uwagę na to, co ich relaksuje. Funduje więc autor trening uważności mimo woli, pozwala zwolnić tempo i zwyczajnie odpocząć.

Izabella Frączyk w tomie „Wszystko nie tak 2” (Prószyński i S-ka) proponuje czytelniczkom dość odważne jak na powieści obyczajowe rozwiązanie, to znaczy – podwojony finał. Najpierw przedstawia losy Marzeny, kobiety bajecznie bogatej, która jednak za swoje decyzje płaci wysoką cenę: spędza życie u boku obcego człowieka, wychowuje dzieci – owoc wakacyjnego nastoletniego błędu i w pełni podporządkowuje się bogatemu ojczymowi. Po śmierci tego ostatniego może jednak spróbować żyć po swojemu. Wciąga dwie przyjaciółki, Ewkę i Rudą, znane z pierwszej części historii, w kryminalny plan: zamierza na chwilę zniknąć i przemyśleć parę spraw. Nie przewidzi jednak, że w wyniku wypadku straci pamięć, a przez metamorfozę fizyczną stanie się nie do rozpoznania przez tych, którzy jej szukają. Być może to jej szansa na szczęście. Ale autorka sama nie jest pewna, jak powinny potoczyć się losy Marzeny i wybór zostawia odbiorczyniom. Gdyby nie podwojony finał, książka łatwo dawałaby się zaklasyfikować do lekkich, łatwych i przyjemnych. Tak – pozostawia pytania, które zmuszą do zastanowienia.

Ważne pytania zadaje książka „Śmierć Jezusa” (Znak), chociaż w samym tomie nie ma ani słowa o biblijnych odwołaniach. Tytuł narzuca interpretacje, a Coetzee pokazuje, jak bardzo wszystko zależy od kontekstu. Przedstawia tu losy małego chłopca, Davida, który – jak jego rówieśnicy – uwielbia grać w piłkę nożną. Wychowywany przez przybranych rodziców David nie sprawia kłopotów wychowawczych, dopóki na treningu nie pojawia się pewien mężczyzna. Od tej pory chłopiec chce przemianować się z powrotem na sierotę, zamieszkać w sierocińcu i podążać za nieznajomym. To dopiero początek komplikacji w jego codzienności: już wkrótce poważna kontuzja uniemożliwi mu realizację dawnych planów. Coetzee pisze filozoficznie, a przy tym rzeczowo, manipuluje czytelnikami, ale też sporo im rozjaśnia.

Nasza Księgarnia wprowadza na rynek ciekawą serię, w sam raz dla tych dzieci, które marzą o posiadaniu własnego zwierzaka. „Ta książka jest kotem” (autorstwa Silvii Borando) i „Ta książka jest psem” (Lorenzo Clerici) to kartonowe picture booki o nieskomplikowanej fabule, za to zakładające interaktywność. Oto maluchy obserwują śpiącego pupila. Mogą nadać mu imię i delikatnie je wypowiedzieć, z każdym przewróceniem strony dostaną nowe zadanie pokazujące, jak obchodzić się ze zwierzęciem. Nie ma tu mowy o magicznych wyczynach charakterystycznych dla twórczości pop, autorzy rzeczywiście uczą postaw wobec prawdziwych czworonogów. Wyczulają na to, co zwierzęta lubią robić (a co czasem nie spodoba się ich właścicielom), przekonują do wyciszenia i do spokoju. A przy tym rozwijają wyobraźnię, pozwalają sprawdzić, jak zachowa się zwierzak – który przecież ma swój charakterek. Nie ma tu zbyt wiele tekstu, ale też nie o czytanie chodzi, a o zabawę – która na pewno spodoba się maluchom.

Izabela Mikrut