Jest taka książka, która może przypomnieć ludziom, którzy borykają się z nieuleczalną chorobą (lub zajmują ciężko chorymi bliskimi), że zawsze warto walczyć. Dorota Danielewicz w „Drodze Jana” (Wydawnictwo Literackie) wspomina bezradność matki wobec cierpienia dziecka. Jan przez pierwsze lata życia rozwijał się niemal podręcznikowo, jednak zanim osiągnął wiek szkolny, zaczął tracić kolejne umiejętności – aż stał się niesamodzielny. Lata czekania na diagnozę, wiadomość o tym, że chłopiec ma przypadłość, na którą medycyna w ogóle – z racji nieopłacalności – nie szuka remedium, mierzenie się z wyzwaniami codzienności – to wszystko Dorota Danielewicz zamienia na szereg krótkich rozdziałów-lekcji. Z każdego trudnego doświadczenia próbuje wyciągnąć morał, część zamienia na poetyckie refleksje, czasami też podkreśla mądrość dzieci w obliczu wydarzeń, z którymi nie radzą sobie dorośli. Nie ma tu miejsca na przepracowywanie tematu i na dzielenie się bólem – autorka raczej zachęca do walki. Ale, w odróżnieniu od typowej literatury szpitalnej i chorobowej, nie chce czytelnikom przedstawiać szczegółów medycznych. Woli rejestrować własne przemyślenia na bazie doświadczeń z domu. I chociaż czasami popada w egzaltację, zwłaszcza kiedy zwraca się bezpośrednio do rodziców chorych dzieci i przypomina, że też do nich należy – i kiedy część wiadomości powtarza co jakiś czas – może trafić do pewnej grupy odbiorców ze względu na szczerość przekazu.

Fanki powieści obyczajowo-romansowych zdziwią się scenariuszem, który wykorzystuje Zoë Folbigg w „Stacji Miłość” (W.A.B.) – nawet jeśli autorka zarzeka się, że powieść powstała na kanwie prawdziwych wydarzeń, a ona sama przeżyła to, co w książce staje się udziałem Mai. W dalszoplanowych tematach jest Folbigg intrygująca: czy przedstawia niesnaski w modowym światku i zainteresowania bohaterki, czy – nowe przyjaźnie – może budzić zainteresowanie. Jednak w sferze tytułowego romansu popada w tony mocno infantylne: dorosła kobieta zadurza się jak nastolatka w nieznajomym z pociągu – i nie ma pojęcia, jak zwrócić na siebie jego uwagę. Idealizuje go w myślach, a kolegów zarzuca szczegółowymi relacjami z tego, co na razie wydarzyć się nie może. Maya nie jest bohaterką, która na dłuższą metę znajdzie uznanie odbiorczyń, nawet jeśli autorka funduje też równolegle ciekawe studium rozpadu związku innej postaci.

Motyw poznawania specyfiki nowych miejsc wykorzystuje K. C. Archer w „Instytucie” (Uroboros). Ta powieść równie dobrze kwalifikuje się do literatury young adults, jak i do czytadeł z pogranicza fantastyki: na pierwszą grupę wskazuje forma, na drugą – tematyka. Bohaterką książki jest Teddy, dziewczyna, która wpada w poważne finansowe tarapaty. Szansą dla niej ma być uczestniczenie w zajęciach Instytutu Whitfielda – w szkole dla jasnowidzów. Chociaż brzmi to niezbyt poważnie, K. C. Archer ucieka od Harry’ego Pottera (nawet w warstwie narracyjnej), zyskuje za to szansę na pogłębioną opowieść o poznawaniu samego siebie. Nawet jeśli początek nowej serii wydaje się nieco schematyczny, wynagradza to udana narracja.

Na rynku literatury dziecięcej furorę może zrobić „Guzikowa książka” (Nasza Księgarnia). Sally Nicholls proponuje tu prostą zabawę dla najmłodszych – i ich rodziców. Wystarczy podczas lektury naśladować małych bohaterów w czynnościach, które ci muszą wykonać po naciśnięciu określonego guzika. Każdy guzik wywołuje inną reakcję: jest tu przytulanie, podskoki, a nawet… niegrzeczność w postaci pokazywania języka. Można poćwiczyć pamięć (bo guzikowa rundka się zapętla), albo nazywanie kolorów i kształtów. Kartonowa publikacja dostarczy dzieciom sporo radości i pokaże, że książki nie są nudne. Element niespodzianki (co stanie się po naciśnięciu guzika) doczekuje się zabawnej puenty.

Izabela Mikrut