Raz dwa trzy próba felietonu. O policzalności.

Dzisiaj uczestnictwo w kulturze zatraca swój jednorazowy charakter. Film czy koncert można zabrać do domu na nośnikach elektronicznych – albo wykupić dostęp bezpośrednio w sieci, żeby powracać do emocji uruchamianych przez konkretne historie. Media społecznościowe z kolei znakomicie nadają się do przekazywania w nieskończoność reprodukcji obrazów lub cytatów z ponadczasowych książek (a przy okazji zaspokajają potrzebę autokreacji). I tu już kompletnie zatraca się idea obcowania z oryginalnym dziełem, mało tego: coraz łatwiej stwarzać pozory siebie jako osoby obeznanej, obytej i światłej. Z takich pozorów zresztą internet – ten sam, który ułatwia social-snobizm – bezlitośnie drwi, wystarczy przypomnieć „księgarskie” odkrycia: „Chłopi Tomi” czy nowości „Deco Morreno” o czymś świadczą… Dzisiejsze okno na świat ma kilka cali i mieści się w kieszeni, przesłania za to widok na rzeczywistość. Odbiera też, przynajmniej w pewnym zakresie, wagę obcowania z dziełem: koncerty z morzem światełek z ekranów tych odbiorców, którzy z zapałem rejestrują wydarzenie, to już, niestety, norma. A skoro dowolny obraz, książkę, film czy płytę ma się w zasięgu ręki, trudno liczyć na kolekcjonowanie wrażeń estetycznych i świadome w tym zakresie wybory.

Tu z pomocą przychodzi teatr. Jako spotkanie artysty z widzem opiera się tworzeniu licznych kopii i bezmyślnym, mechanicznym multiplikacjom. Wymaga wysiłku znacznie większego niż przesuwanie palcem po ekranie smartfona. W zamian dostarcza też więcej – nie tylko historię czy zestaw przeżyć. Przynosi wydarzenie wyjątkowe, coś, co nigdy więcej w takiej samej konfiguracji się nie powtórzy. Aktor, który zapomni swojej kwestii (albo, przeciwnie, puści oko do publiczności, wplatając do tekstu aktualny komentarz, jeśli akurat rola na to pozwala), reakcja rzucająca nowe światło na znane powszechnie teksty, a nawet zmora dzisiejszych czasów – dzwoniący na widowni telefon komórkowy – to wszystko wpłynąć może na kształt przedstawienia. Efekt motyla ujawni się już w odbiorcy, często zresztą niespodziewanie dla niego samego.

I to jeden z powodów, dla których warto do teatru chodzić. Jego – teatru – piękno tkwi w unikatowości, niepowtarzalności przeżyć, ale też… w rozwijaniu wyobraźni. Teatr to kreatywność w najczystszej postaci, rodzaj zabawy dla tych, którzy na co dzień niekoniecznie bawić się mogą. Zdaję sobie sprawę, że nieprzekonanych takie ujęcie nie przekona: w stereotypowych sądach teatr to rozrywka snobistyczna, nuda i strata czasu. Jeśli jednak ktoś z ciekawości zechce sprawdzić, dlaczego z takiej oferty inni korzystają – może wpaść w pułapkę. W poszukiwaniu kolejnych wrażeń będzie wybierał się na następne spektakle coraz częściej, aż w końcu uświadomi sobie, że bez teatru nie da się funkcjonować. Policzalne (byłem na jednym spektaklu) zmieni się w niepoliczalne (nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy już byłem w teatrze).

Cieszy mnie fakt, że mimo obfitości innych bodźców kulturalnych wciąż rośnie grupa przekonanych do teatru. Coraz więcej osób, nie tylko z Chorzowa, dołącza do grona widzów ChTO, pojawia się na kolejnych spektaklach i opowiada o nich bliskim. Ci widzowie czekają na przyjezdne teatry – to w końcu spotkania ze „starymi znajomymi”, którzy zawsze przywożą coś nowego i ciekawego, albo nakłaniającego do refleksji. Ale z chęcią sprawdzają też, co do zaoferowania mają festiwalowe „odkrycia”, teatry w ChTO nowe a interesujące. Chociaż więc przedstawienie teatralne to zjawisko, którego nie da się powtórzyć – na przekór tendencjom w kulturze masowej – można zaspokajać głód teatru przez udział w kolejnych wydarzeniach całego ChTO. Do czego z pełnym przekonaniem zapraszam.

 

Sergiusz Brożek Naczelny Ogrodnik Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

reżyser światła i dźwięku, twórca i Naczelny Ogrodnik Chorzowskiego Teatru Ogrodowego