Tak się składa, że w ostatnim czasie sporo mam do czynienia ze sportem dzieci. Konkretnie z ich rozgrywkami piłkarskimi. W kilku klubach i akademiach miałem okazję zaobserwować treningi, mecze, podejście trenerów itp. itd. Oczywiście, jednocześnie zerkałem w jaki sposób zajęcia traktowane są przez ich uczestników, począwszy od tych najmłodszych, po ciut starszych i oczywiście rodziców, zarówno tych z niespełnionymi, swoimi, futbolowymi marzeniami, jak i tych, którym przede wszystkim zależy by dziecko się „ruszało”. Wniosek: nic dziwnego, że w Polsce mówi się, że na polityce, zdrowiu i piłce nożnej zna się każdy.

Zacznijmy od młodych zawodników, bo ta część będzie najkrótsza i złożona z samych pochwał. To wręcz nieprawdopodobne, jak potrafią być zaangażowani, jak w pełni oddają się swojej pasji, przeradzającej się w prawdziwą miłość. Jestem pełen podziwu, jak chłopcy i dziewczęta pieczołowicie wypełniają swoje zadania i z jaką chęcią wykonują, często niełatwe, ćwiczenia. W czasach, gdy wszędzie podkreślają, że młode pokolenie jest zapatrzone w telefony, niechętne do sportu, to wręcz budujące jak bardzo, wszyscy, się mylimy. W tym przypadku, naprawdę, wystarczy dać wędkę, a od niej trudno będzie już ich oderwać. Brawo!

Gorzej jest z rodzicami. Owszem, wielu z nich, zajęcia swoich pociech traktuje jako znakomitą część ich rozwoju, będącą tylko etapem w życiu. Niekoniecznie zakończonym później piękną, futbolową karierę na miarę Lewandowskiego. Tak jest zdrowiej dla obu stron. Gorzej, gdy, najczęściej tatuś, uważa, że jego syn na pewno przerośnie większość obecnych gwiazd, a wszystko jest tylko kwestią ciężkiego treningu i mobilizacji ze strony opiekuna. Wtedy i dzieci, i trenerzy, mają pod górkę. W grę wchodzą krzyki, instrukcje, a nawet polecenia idące z trybun, a nie z murawy. Często niepokrywające się z zaleceniami szkoleniowców, co w głowie młodziana powoduje niezły mętlik, a wręcz stres spowodowany możliwością narażenia się którejś ze stron. Nic dziwnego, że na wielu obiektach widnieją tabliczki proszące o ciszę. Niestety trudno jest to opanować, a przecież rodzic wie, że jak płaci, to wymaga. Warto jednak wiedzieć także, że ów „maluch” nie wszystko musi umieć natychmiast, a za kilka lat może mu się odwidzieć i karierę skieruje w stronę niezwiązaną ze sportem.

I jest jeszcze trzecia część, czyli kluby i akademie. Wydawałoby się, że podejście będzie, w miarę, ujednolicone, a tymczasem, nie uwierzą Państwo, jak daleko minąłem się z prawdą. Wprawdzie w każdym miejscu, zapewniano mnie, że najważniejszy jest rozwój dzieci, ale słowa często mijały się z rzeczywistością. Np. w jednej z największych śląskich akademii, ku mojemu zdziwieniu, nie dobro dzieci było najistotniejsze, a osiągane wyniki. Oczywiście wybrani byli zadowoleni i robili postępy, a le w ten sposób dochodziło do podziałów. Wielokrotnie w grupach widziałem płacz i zniechęcenie, gdy trenerzy nieustannie wybierali określoną (stałą) grupę kilku osób, które regularnie pojawiały się na turniejach i meczach, a pozostali skazywani byli tylko na treningi, czując się tylko jak dostarczyciele złotówek na wymienione konto. Pewnie bywa i tak, ale były także miejsca, gdzie rezultat wcale nie był pierwszorzędny. Wtedy, gdy przychodziło do rozgrywek, brano wszystkich i każdemu dawano szansę, bez względu na umiejętnością, choć wiadomo, że wiązało się to z dużą ilością goli strzelonych i straconych. Sęk w tym, że nikt tych trafień nie liczył. Sam byłem świadkiem, gdy trener zbył rodzica pytającego o wynik, zdaniem: A jakie to ma znaczenie? Po czymś taki uśmiech pojawiał się nie tylko na twarzy pytającego i trenera, ale, przede wszystkim, młodych grających. Bo przecież nawet w reprezentacji, już kilka lat temu, wiedzieli, że liczy się sport i dobra zabawa!

*Zdjęcie autorstwa Lukas Pexels

dziennikarz redakcji sportowej Radia Katowice