Cmentarz na południu Kolonii. 3.00 w nocy, jesień. Liście szeleszczą głośno, bo są już suche, mgły unoszą się ze studzienek jak małe duszki. Zapach wilgoci i mchu spod krzaków przywołuje w myślach spacer w lesie. Wiatr popycha plastikowe opakowanie przez środek placu. Pętla tramwajowa, autobusowa i postój taksówek.

Jestem taksówkarką. Mam niecałe 22 lata i dopiero od kilku miesięcy jeżdżę na taryfie. Stoję tu sama od godziny. Jedyne kursy, które dostaje się w tym miejscu i o tej porze przychodzą przez centralę. To jazdy na „rachunek” ze stoczni frachtu „Eifeltor“. Wozi się motorniczego z tej stoczni do innej. Najczęściej na wschód Kolonii lub do tej, która jest na południowym wschodzie miasta. Jest to bardzo dobry kurs dla tego czekam. Czas mija, a ja się coraz bardziej niepokoję. Właśnie dzisiaj zapomniałam zabrać ze sobą moją broń gazową, którą swego czasu dał mi mąż w obawie o moje bezpieczeństwo. To rewolwer 8mm z drugiej wojny światowej, przerobiony na gaz. Został w innej torebce. Zwykle leżał zaraz obok mnie, po lewej stronie w drzwiach tego pięknego Mercedesa. Auto jest własnością mojego szefa. Równy gość, bardzo mnie lubi i chwali. Zaufał mi bo wie, że samochód jest w dobrych rękach. A rewolwer… Dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Był ciężki i można by w czasie napadu walnąć nim napastnika w łeb. Na ogół jestem odważna, wiele lat trenowałam walki wschodu. Jednak kiedy zdecydowałam się jeździć w nocy na taryfie, wszyscy mnie straszyli. Zwłaszcza mój tata Marcel. Wcześniej był taksówkarzem w Chorzowie. Jego taryfa miała numer 102. Opowiadał przerażające i mało motywujące historie z tego okresu, ale to były inne czasy..

Jestem typowy „nocny marek“. Zaczynam o 18.00, a kończę o 6.00 rano. Jest rok 1996. Od ośmiu lat mieszkam już w Niemczech, przyjechałam tu z mamą mając lat 13. Teraz jestem mężatką i mam małą córeczkę. Mąż pracuje w dzień, ja w nocy i zawsze jest ktoś przy dziecku. Kocham ten zawód, tą wolność. Jestem zafascynowana ludźmi i chętnie słucham ich historii. Między taksówkarzami nazywamy naszych klientów – pacjentami. Opowiadają nam wszystko. Wychodzą najczęściej podpici z jakiejś imprezy na której się znaleźli, bo mają problemy. Wszyscy mają jakieś problemy, gwiazdki szczęścia, zboczenia, uroki i zwyczajne znaki zapytania. Lubię dziwne sytuacje, przygody, czasami ryzyko. I kocham to miasto. Kolonia najpiękniejsza jest nocą. Wtedy zabytki, reprezentacyjne budowle, pomniki i place są oświetlone. Odprężeni ludzie, kolorowe reklamy i ta cudowna rzeka Ren z długimi mostami i dalekimi widokami. No i oczywiście Katedra Świętego Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii – Kölner Dom. Szczególnie jak to wszystko odbija się w błyszczącym Renie.

Tutaj przy „Südfriedhof“ jest stosunkowo ciemno. Latarnie są wysokie, a rondo duże. Sam cmentarz jest bardzo mroczny i nocą zamknięty. To nie tak jak w Polsce, gdzie nekropolie widać już z daleka, bo łuna migoczącego światła unosi się nad nią czerwono- złotą chmurą. Tutaj nikt nie patrzy wstecz, wiadomo dlaczego.

Zwykle piszę w mojej taksówce pamiętnik, notatki, wiersze, piosenki lub szkicuję. Dziś jednak tylko stoję i to długo. Robi się coraz ciszej, a ja bezbronna, nieco wystraszona i powoli zniecierpliwiona. Zaczynam zastanawiać się, czy nie darować sobie i nie pojechać do centrum na „Ringi”, gdzie życie pulsuje do samego rana.

Zobaczyłam jednak w oddali postać mężczyzny w garniturze z walizeczką. Wysoki, przystojny, bardzo elegancki i dobrze zbudowany. Pewnym, ale lekkim krokiem szedł w moim kierunku. Z szeroko otwartymi oczami i nadzieją czekam. Oby podszedł i uwolnił mnie od tego miejsca. Przy okazji pomyślałam „ale ciacho”. Przyznaję, lubię przystojnych mężczyzn.

Uśmiech zawitał na mojej twarzy kiedy otworzył drzwi i zapytał, czy może ze mną jechać. Zanim ruszam, przyjrzałam mu się bacznie i w świetle samochodu stwierdzam, że ma piękną twarz, elegancko przyczesane włosy i jest pełen gracji. Do tego mówił głosem o przyjemnym, niskim tonie. Robił wrażenie wykształconego i czułego człowieka. Jestem mile oczarowana i czuję ulgę.

Kurs jest świetny, prowadzi w teren między Bocklemünd, a Ossendorf. Mężczyzna tłumaczy mi, że jest kierowcą tutejszej linii autobusowej. Jego samochód jest jeszcze w warsztacie, a jakoś musi się dostać do domu. Po kilku zdaniach rozmowy, pyta o mój delikatny akcent. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że pochodzę ze Śląska, a odpowiadając na jego wcześniejsze pytanie dodaję, że nie studiuję. W Kolonii jeździ dużo studentów, aby sfinansować sobie studia, ale ja wciąż jeszcze nie wiem czego chcę, kim jestem i co chcę robić zawodowo. Rzucam, niby od niechcenia, że wykorzystuję czas na postojach aby pisać, komponować (gitarę miewam w bagażniku) i zastanawiam się nad życiem.

Jedziemy Höninger Weg, aż do Klettenberggürtel i dalej w stronę zachodnio-północnej części Kolonii. Słysząc, że pochodzę z Polski opowiada mi historię jak kiedyś był kierowcą autobusów wycieczkowych. Nocując w Polsce, zdarzyło się, że ukradziono z jego autobusu silnik. Stanęłam w obronie rodaków, zwalając takiego rodzaju zdarzenia na czeczeńskich przestępców. Dodałam dramatycznym tonem, że oni są zdolni do wszystkiego i potrafią bez żadnych skrupułów zabić własnoręcznie człowieka. Nie mają szacunku do ludzkiego życia.

Stojąc na czerwonym świetle i mówiąc to, patrzyłam mu w oczy. Pewnie chciałam wzbudzić zaufanie i podkreślić niewinność Polaków, ale on odpowiedział, nieco odmiennym tonem, że to doskonale rozumie, bo też to potrafi.

W tym momencie światła zmieniają się na zielone, a ja w szoku dalej stoję… Cała ulica jest pusta, za nami nie stoi żaden samochód… Ja patrzę dalej na jego twarz i widzę jak na moich oczach się zmienia. Jakby się rozkruszyła i spłynęła z niej maska. Może moje postrzeganie jego osoby na początku wzięło się z wyobraźni, a teraz widzę prawdziwe oblicze tego człowieka.

Czas stoi, patrzę na niego jak na rewelacyjny efekt w horrorze i jestem przerażona. Dodatkowo złoszczę się na siebie, że właśnie dzisiaj musiałam zapomnieć tego cholernego rewolwera i kombinuję jak zareagować. Macham nonszalancko ręką i śmiejąc się na głos. Odpowiadam:

– Ale pan sobie ze mnie żartuje, o mało bym panu uwierzyła.

Czułam jednak, że mówi prawdę. Odwracam wzrok. Ruszam, trzęsąc się, ale dalej się uśmiecham. Mój uśmiech jest przyklejony, oczy płoną dzikim strachem i boję się, że on to zauważy. Powoli się uspokajam, a strach zamienia się w ciekawość. On, po chwili milczenia, już trochę innym tonem mówi do mnie też z uśmiechem:

– Niech się pani nie boi. Gdybym chciał pani zrobić krzywdę, usiadłbym z tyłu i absolutnie nie dopuszczał do żadnej konwersacji.

Sztucznie zrelaksowana, odparłam, zniżając i zwalniając na siłę głos, że nie rozumiem i proszę o wyjaśnienie.

Mężczyzna daje mi do zrozumienia, że tylko prawdziwy psychopata dopytywał by się o moje życie prywatne, ale spotkanie z takim osobnikiem jest wyjątkowo rzadkie. Jest ich na świecie na szczęście niewielu. „Zwykły” morderca nie chciał by znać żadnych szczegółów z życia jego potencjalnej ofiary. To jest psychologiczny fakt. Czule i z nutką delikatności w głosie dodał:

– Jak kiedykolwiek, wsiądzie ktoś do taksówki i nie będzie podawał konkretnego celu tylko kierunek. Czuć będzie w relacji zimno i dystans, nie będzie zainteresowany jakąkolwiek rozmową, wtedy proszę posłuchać swojej intuicji. Bez pytania opowiedzieć mu o życiu osobistym. Jak się pani nazywa. Podać imiona bliskiej rodziny, dzieci. Proszę opowiedzieć o uczuciach jakie do nich pani żywi. O problemach z mężem lub matką. Jednak koniecznie prawdę. Z serca, jak by to była rozmowa z przyjacielem. Taki osobnik czuje kłamstwo na odległość. On wtedy, cokolwiek będzie miał zamiar pani zrobić, nie będzie potrafił. Stanie się pani dla niego człowiekiem, a nie obiektem. I proszę się nie bać, zachowywać jak najbardziej naturalnie. Wtedy pani nic nie grozi.

Słucham go bardzo uważnie i czuję, że to co on mówi jest realne i logiczne. Okazując wdzięczność na następnych czerwonych światłach, podziękowałam za rady. Ciekawość jednak była silniejsza:

-Przyjmuję pana radę, ale interesuje mnie, co się w pana życiu stało, że stracił pan szacunek do ludzkiego życia, ilu ludzi pan zabił i w jakiej sytuacji?

Mężczyzna wziął głęboki oddech i zaczyna od tego, że jest z pochodzenia Francuzem.

– Miałem ogromny konflikt z ojcem. Mając 18 lat uciekłem z domu i zapisałem się do „Legii Cudzoziemskiej”, a krótko później wylądowałem na wojnie w Zatoce Perskiej. Tam zmuszony byłem mordować własnymi rękami, aby przeżyć. Każdy tchórz potrafi zabić bronią, ale kiedy musisz zabijać własnymi rękami, to staje się coś z tobą… Tracisz własną, ludzką naturę. Stajesz się potworem bez sumienia. Nie obliczalną maszyną zagłady. To jest powodem, że nie mogę prowadzić żadnych związków. Boję się kłótni i własnej reakcji. Nie ma nocy, żebym nie budził się w koszmarach, krzycząc, spocony i wystraszony. Trauma tamtych wspomnień wyniszcza.

Chwila ciszy, ja słucham uważnie i jest mi go bardzo żal. Wyobrażam sobie jaki jest samotny. Czekam, on milczy i po chwili prosi, czy możemy przejść na ty. Zgadzam się oczywiście. Nie pytam ile ma lat. Widzę, że jest niewiele starszy ode mnie. Całe życie jest przed nim, ale jakie to życie? Po ciężkim oddechu kontynuuje:

– Jesteś jedyną osobą oprócz mojego terapeuty, która zna moją historię. Dostałem od „nich“ nową tożsamość, nie mogę już nigdy wrócić do mojej rodziny we Francji. Jestem człowiekiem „top secret” i nie mam przyjaciół. Dużo czytam, dużo pracuję i chodzę na terapię. Jestem nieszczęśliwy, ale żyję i mam nadzieję, że kiedyś znowu będę czuł się człowiekiem. Odzyskam siebie…

Wzrusza mnie jego historia, ale właśnie dojechaliśmy do celu. Szare, murowane miejsce. Żegnamy się.

Od tego czasu nie zabrałam więcej mojej broni. Przez 11 lat w taksówce przeżyłam tylko jeden kurs, w którym zastosowałam metodę tego człowieka.

Wszedł do mojej taryfy na Neumarkcie mężczyzna średniego wieku i wzrostu. Usiadł w tyle i wybełkotał krótko i niemile „ruszaj“. Zapytałam o adres, a on odpowiedział że pokaże mi drogę, mam jechać. Ruszyłam i wykorzystałam fakt, że nie znam celu. Przy każdej okazji owijałam pytanie o kierunek w zabawną anegdotę, improwizując:

– Tutaj w kierunku zoo, czy na drugą stronę Renu? Bo wie pan, do zoo chodzę z moją córeczką Joy bardzo często i znam świetne skróty. Ona ma 6 lat i uwielbia małpy! Ja też jako dziecko chciałam mieć małpkę, taką jak Pipi Langstrumpf!

On jednak zdecydował się na most, więc kręcę dalej:

– Mój mąż Mike i ja mamy też na tym moście kłódki z datą naszego ślubu.

Osobnik cały czas słuchał, ale bez reakcji. Nie komentował niczego, tylko dziwnie patrzał, co zaobserwowałam w lusterku. W dzielnicy Kalk bardzo niepewnie prowadził mnie na terenie ruin starej fabryki, a ja z uśmiechem śledziłam jego porażkę i ciekawa byłam jego ostatecznego celu. Jak w labiryncie wmanewrował nas w ślepą uliczkę owej fabryki, a ja stanęłam frontalnie bardzo blisko muru, na środku dużego placu. Bezczelnie odwróciłam się w jego stronę i zdecydowanie z całą pewnością siebie powiedziałam:

– I co teraz?

Gość jeszcze chwilę siedział i na mnie patrzał, po czym wyszedł. Staną przy oknie obok. Otworzyłam je i powiedziałam:

– 20 Euro.

Stał jak wryty i mówił jakby na wpół do siebie i na wpół do mnie:

– Nie rozumiem tego… Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem…

Po czym schylił się patrząc na mnie przez okno i zapytał:

– Jak długo już jeździsz taryfą.

Odpowiedziałam:

– Pięć lat.

Zapłacił i stał tam jeszcze jak wryty kiedy wyjeżdżałam. Kto wie kim był i jakie miał zamiary?

Ważne jest, że metoda funkcjonowała zadziwiająco, a ja czułam się cały czas bezpieczna i miałam dobrą zabawę.

„FRELA BLUE” Alexandra Stegh