Zastanawiacie się, czy to co opisuję jest prawdą? Oczywiście!!! Gdyby historie były zmyślone, nie byłyby wiele warte. Wymyśleć można wszystko, ale dużo ciekawiej jest żyć, być świadkiem i brać udział. Jeszcze lepiej wpaść znienacka w jakąś dziwną sytuacje. Wtedy poznaje się siebie. Wtedy dzieje się życie. Wcale nie muszą to być wypadki lub szokujące zdarzenia, mogą być proste, ale niecodzienne.

Znowu noc, środek tygodnia, stoję na postoju w samym centrum Kolonii, bo na peryferiach tylko wiatr szumi. Stoję nie daleko Ringu przy Christophstraße. Na Friesenplatz’u postój taksówek jest tak przepełniony, że policja nas wygania. Blokujemy jeden z czterech pasów. Tylko że jest po godzinie drugiej w nocy oprócz taksówek i policji nie jeżdżą już prawie żadne samochody. Wszystkim nam się trochę nudzi. Kursy krótkie, a na dworze zimno jak na początek listopada.

Wszyscy oszczędzają na tak zwaną ” piątą porę roku”. W Kolonii jest to karnawał, który zaczyna się 11 listopada o godzinie 11.11 w ratuszu. Kolonia staje się wtedy „stolicą” karnawału. Sam burmistrz otwiera nową sesję, a obywatele, tradycyjnie zajmują urzędy publiczne i wyganiają wszystkich urzędników na ulice miasta. Odbierają burmistrzowi symboliczny klucz do ratusza. Kobiety nożyczkami obcinają mężczyznom krawaty i obejmują władzę. Nie ma różnicy sędzia, bankier lub polityk. Krawaty lecą, ludzie piją, tańczą, śpiewają tradycyjne karnawałowe pieśni i wywracają cały miejski porządek do góry nogami. Bez przebrań są nieliczni. Głównie mieszkańcy, którzy tej maskarady nie nienawidzą lub przypadkowi turyści.

Na rynku „Alter Markt“ na starym mieście stoją sceny, ogromne głośniki, radio, telewizja i ochrona. Masy przebierańców podążają przepełnionymi tramwajami i autobusami w stronę ratusza i tego słynnego rynku. Jest kolorowo i wesoło. Zaczyna się biznes, który skończy się dopiero w Środę Popielcową, a sam kilkudniowy finał, zamieni miasto w jeden wielki cyrk.

Trzeba przyznać, że ten „chaos” jest co roku bardzo dobrze zorganizowany i szczegółowo zaplanowany, zgodnie z tradycyjnym, karnawałowym regulaminem. Cały karnawał w Nadrenii Westfalii jest zagadnieniem o ogromnej wadze politycznej i gospodarczej. Jeżeli cokolwiek chce się zdziałać w tym kierunku lub mieć jakąkolwiek władzę w tej krainie, trzeba być aktywnym członkiem przynajmniej jednego z większych zjednoczeń karnawałowych. Bycie prezydentem lub księciem w tej organizacji jest na wagę złota. Na posiedzeniach kabaretowo – karnawałowych podejmowane są „najpoważniejsze” uchwały. Decydują one o losach Kolonii i całego landu… w knajpach i domach uciech, oczywiście. Później w ratuszu są już tylko oficjalnie podpisywane.

No, ale jest środa i dopiero za tydzień się zaczyna to masowe szaleństwo. Na ulicach panuje wyjątkowa cisza. Nawet większe targi są przekładane na czas po karnawale, czyli na wiosnę. Ma to swoje uzasadnienie. Posiedzenia karnawałowe mają miejsca w największych salach i teatrach miasta, a hale targowe idealnie się nadają by pomieścić całe masy przebierańców.

No więc stoję i mam nadzieję, że dostanę kurs z centrali. Nie minęło kilka minut, jak przyszedł sygnał z adresem i prośbą o kontakt z dyżurnym. Kiedy przez radio-taxi kontaktujesz się z centralą, to podsłuchują znudzeni koledzy i czasem wrzucają bardziej lub mniej potrzebne komentarze. W tym wypadku było wszystko jasne.

Wytłumaczono mi, głębokim kolońskim dialektem, że jest to adres schroniska dla niepełnoletnich dziewcząt. Trzy z nich znalazły się w tarapatach. Są w ośrodku opieki, ale nie ma już wolnych łóżek. Do tego jeszcze, pracownik socjalny jest sam w budynku i nie może go opuścić. Potrzebna jest taksówka, która zawiezie te dziewczyny do innego domu opieki w innej dzielnicy miasta, gdzie jeszcze są miejsca wolne. Mam wejść na górę i podpisać dokument, że przejmuję na czas jazdy odpowiedzialność za te młode panny.

Wszystko jasne. Ruszam i po chwili jestem na miejscu. Nic ciekawego się nie dzieje pomijając fakt, że wszystkie parkingi są zajęte. W Koloni jak w większość dużych, starych miast jest problem z parkowaniem. Stawiam moją taksówkę w bramie na światłach awaryjnych, już z przyzwyczajenia. Przez otwarte dolne wejście, biegnę po schodach na pierwsze piętro budynku z lat 70-tych. Dzwonię. W odpowiedzi słyszę sygnał zwalnianego zamka. Popycham drzwi wyglądem przypominające szpitalne i wchodzę. Zza następnych dobiega głos informujący, że mam wejść i poczekać. Po chwili słyszę kroki w moim kierunku. Do środka zagląda zabiegany, zdyszany i nerwowy facet. Jak tylko otwieram buzię, żeby coś powiedzieć, znowu wybiega. Krzyczy, że teraz nie ma czasu, że za chwilę wróci. Mam usiąść i poczekać.

Mam 25 lat. Ubrana jestem w wojskowe „ruskie” moro, glany na nogach, wojskowo- zieloną koszulkę i skórzaną kurtkę. Włosy długie, kręcone i rozpuszczone. Z natury jestem brunetką ale teraz mam lekkie, złotawe pasemka. Już od mojego 16 roku życia nakładam mocny makijaż z kreską na oczy w stylu „smokey eyes”, ale o tej porze nie jest najświeższy. Siadam na twardej ławce w tym kwadratowym wejściu i czekam. Słyszę kłótnie, podniesiony męski głos i dziewczęce odzywki przeplatane ciszą i napięciem. Czekam już 10 minut. Trochę się niepokoję, bo przecież stoję w bramie prowadzącej na podwórze gdzie prawdopodobnie są parkingi mieszkańców domu obok. Zniecierpliwiona pukam więc do drzwi, które dzielą mnie od długiego korytarza z głosami. Nikt nie reaguje. Dodatkowo, okazuje się, że są zamknięte. Myślę poczekam na dole w samochodzie, ale… drzwi wejściowe też są zamknięte. Jestem uwięziona. Dostrzegam dzwonek, przyciskam i… wypada po chwili ten sam mężczyzna, krzycząc:

– Siadaj i mnie nie denerwuj!.

I już nie całkiem do mnie:

– Gdzie do cholery jest ten taksówkarz?!

Wstałam i z uśmiechem odpowiadam, że to ja jestem ten taksówkarz i już prawie 15 minut mi tu każe czekać. Mężczyzna wściekły, podniósł rękę jakby chciał mi strzelić w pysk, ale zawahał się widząc moją bojową postawę.

Skorzystałam z tej chwili, mówiąc spokojnym, ale już stanowczym głosem, że mogę mu to udowodnić. Wyjęłam mój taksówkarski portfel, wyciągnęłam licencję na transport pasażerski, oraz dokument z mojej centrali ze zięciem i numerem koncesji. Mężczyzna zbladł… złapał się za głowę i zaczął bardzo mnie przepraszać. Myślał, że jestem jedną z tych kłopotliwych małolat. Nigdy jeszcze nie widział tak młodej taksówkarki w nocy. Zapewniłam go, że to dla mnie komplement. Zdziwił się jeszcze bardziej gdy dowiedział się, że mam 25 lat, jestem mamą, mężatką. Nie omieszkałam „niby mimochodem” poinformować go, że ze mną i tak nie miał by szans, bo wiele lat trenowałam jako zawodniczka taekwondo, u wielkiego koreańskiego mistrza Yoo. Śmialiśmy się chwilę z tej sytuacji, bo on widział moją taksówkę na awaryjnych światłach w bramie i cały czas się zastanawiał gdzie jest kierowca.

Dziewczyny które potem wiozłam były bardzo spokojne, miłe i ciekawe. Przyglądały mi się uważnie. Prowadziłyśmy, na tyle na ile czas pozwolił, poważną rozmowę o życiu. Mam nadzieję, że pozytywnie na nie wpłynęła.

Jadąc z powrotem próbowałam sobie wyobrazić, co by było gdybym zostawiła dokumenty w taksówce?

Centrala dopytywała się co się stało bo doszła do nich w międzyczasie reklamacja. Ze mną nie potrafili się skontaktować, kiedy o mało co nie zamknęli mnie w poprawczaku dla dziewcząt.

Mieli świetny ubaw wszyscy kierowcy którzy podsłuchiwali całą historię na częstotliwości radia-taxi. Jako jedyna młoda dziewczyna, regularnie jeździłam wtedy w Kolonii nocną taryfą. Znali mnie prawie wszyscy taksówkarze, jak nie z widzenia to ze słyszenia. Do teraz wspominają mnie jeszcze, choć od 12 lat już nie jeżdżę.

Alexandra Stegh