Jest taka książka, która wpisuje się w cykl relacji sportowych, a jednak rzuca nowe światło na bieganie maratonów. Po całych seriach zwierzeń biegaczy, po publikacjach rejestrujących sposób przygotowań albo stosowane diety, pojawia się przełamanie gatunkowe. Tym razem autobiografia przechodzi do… komiksu i jest jednocześnie rysunkowym popisem i wskazówką dla tych wszystkich, którym moda na bieganie nie zobojętniała. Sebastien, autor i jednocześnie bohater opowieści, podejmuje (podczas zakrapianej alkoholem kolacji) ważną decyzję. Jego przyjaciele zamierzają przebiec nowojorski maraton. Ukochana od lat biega długie dystanse, ale Sebastien do tej pory był po prostu rysownikiem bez kondycji. Łatwo zadeklarować działanie, trudniej będzie je zrealizować. A jednak mężczyzna wybiera się na coraz dłuższe przebieżki. Jednocześnie odrzuca życzliwe porady i wskazówki od żony, chce poradzić sobie całkiem sam. Ignoruje metodę interwałów, nie próbuje nawet urozmaicać treningów, po prostu biega i liczy na to, że uda mu się przeżyć wyzwanie. Postanawia do tego, że przełomowe dla siebie wydarzenie przerobi na komiks, ale do tego potrzebne mu zarejestrowanie biegu. Zaopatruje się w kamerkę, żeby móc zachować przynajmniej część wrażeń. I tak prowadzi autor odbiorców przez rysunkową opowieść – najpierw przygotowania do startu, a potem sam bieg. Ukazuje piękno sportu, ale też zestaw wyzwań, z jakimi musi się mierzyć początkujący maratończyk. Przekonuje, że każdy może w pewnym momencie wstać z fotela i wyruszyć na własną wielką przygodę. Warto podjąć ryzyko – bo emocje w takim biegu są ekstremalne. Podobnie zresztą, jak wysiłek. „Mój nowojorski maraton” (Marginesy) to komiks niepozbawiony humoru, ciekawy i oryginalny.

Chociaż zamierzchła przeszłość nie przynosi już zbyt silnych wzruszeń, Frances Gies i Joseph Gies postanawiają przyjrzeć się losom średniowiecznych kobiet. Ale założenie jest jasne: odrzucają wszelkie stereotypowe wiadomości i uproszczenia. Nie interesuje ich ogólnikowy obraz, zestaw cech równie charakterystycznych co nieprawdziwych – czy niedających się zastosować w szerszym kontekście. „Życie średniowiecznej kobiety” (Znak) to przegląd życiorysów postaci, które zapisały się w historii, ale też i odnotowanie przedstawicielek płci pięknej, które przyczyniły się do budowania stereotypowego obrazu. Frances Gies i Joseph Gies nie przyjmują przy tym felietonowych tonów, stawiają na rzetelność, na literaturę faktu bez dążeń rozrywkowych. Jeśli zależy im na czymś – to na rozbijaniu powszechnych acz błędnych przekonań. Okazuje się, że kobiety średniowieczne mogą nawet dzisiaj inspirować albo intrygować.

W tomie „Pieprz i sól” (Świat Książki) Guillaume Clicquot stawia na spiętrzaną intrygę. Zwraca uwagę zwłaszcza na starsze pokolenie, na ludzi, którzy przez własne dzieci są wykorzystywani jako darmowa opieka do najmłodszych. Francoise i Philippe zamierzają dopiero zaczynać odkrywanie uroków emerytury: przez przyjaciół są ostrzegani przed podstępami pokolenia pracującego: w walce o wolność liczy się każdy pomysł. Małżonkowie chcą się przeprowadzić, ale nie uzyskają zgody członków rodziny: ani rodziców, ani dzieci. Żeby wcielić w życie sprytny plan, będą musieli być wyjątkowo czujni. Tymczasem rodzina ma własne wizje szczęścia i zadań dla Francoise i Philippe’a. Kolejne podstępy zderzają się ze sobą, a całość wypada humorystycznie i lekko – nie ma tu mowy o nieszczęściach, silnie wybrzmiewa natomiast karykaturalizacja.

Na rynek z kolejną książką wkracza też Gayle Forman. „Nie wiem, gdzie jestem” (Prószyński i S-ka) to kolejna powieść młodzieżowa z zadatkami na bestseller. Autorka skupia się w niej na losach trojga bohaterów: wschodzącej gwiazdy muzyki rozrywkowej – pozbawionej chwilowo głosu, chłopaka, który „zdziczał”, przebywając ze zdziecinniałym i nieodpowiedzialnym ojcem – a po jego śmierci nie jest w stanie znaleźć sobie miejsca w świecie oraz homoseksualisty, który właśnie usłyszał od swojego chłopaka, że ma zniknąć z jego życia. To nastolatki, które potrzebują siebie nawzajem, żeby ocalić się przed strasznym światem – i odzyskać nadzieję. Gayle Forman stawia na krótkie migawkowe scenki, jakby wyświetlała przed oczami czytelników film. Znów urzeknie – prostotą i czystością emocji, motywy, które w „Jeśli zostanę” sprawdzały się idealnie, tutaj są ponownie eksponowane w bardzo dobrym stylu. Oczywiście jeśli ktoś lubi skomplikowane opowieści i rozbudowaną narrację, w tym wypadku wiele dla siebie nie znajdzie.

Izabela Mikrut