Jest taka książka, która przyczyni się do wzrostu zainteresowania chemią. Tim James zabiera się za edukowanie czytelników w dziedzinie, która pozornie na rozrywkę dla mas się nie nadaje: opowiada o układzie okresowym pierwiastków i o tym, jak dokonywano przełomowych odkryć, przygląda się rozmaitym związkom chemicznym (i zasadom ich tworzenia). Wyszukuje wiadomości z gatunku „naj”, ale to „naj” jest naprawdę zajmujące: zastanowi się autor między innymi, jaka substancja jest najbardziej łatwopalna, najbardziej wybuchowa albo… najdroższa. Żeby wyjaśniać co bardziej skomplikowane kwestie, posługuje się odręcznymi i humorystycznymi diagramami, rysunkami odręcznymi i działającymi na wyobraźnię, a czasami po prostu przepuszczonymi przez satyrę. Nie zastąpi wiedzy z podręczników, ale pokaże, że chemia może się nadawać na zajmującą i felietonową opowieść. „Spal tę wodę” (Prószyński i S-ka) to książka, którą powinno się zalecać wszystkim odżegnującym się od nauk ścisłych jako lekturę obowiązkową. Tim James potrafi prowadzić niebanalną narrację i jego pomysły to źródło nieustającej radości. Oprócz chemii jako takiej, autor podąża w przeszłość, żeby komentować ironicznie kolejne odkrycia lub nietrafione osądy – uświadamia czytelnikom, jak wyglądały pseudonaukowe stwierdzenia w dawnych czasach. Wie doskonale, jakich środków używać, żeby intrygować odbiorców i żeby przekonać ich do czytania, nawet jeśli ktoś nie zamierzał się chemią po szkole dłużej przejmować.

Inny rodzaj edukowania – za sprawą reportażu – wybiera Marta Sapała. W książce „Na marne” (Czarne) zastanawia się nad tym, ile żywności marnuje się w polskich domach. Zwraca uwagę czytelników na możliwość poczynienia oszczędności, jeśli będą bacznie przyglądać się temu, co wyrzucają do kosza. To ciąg dalszy filozofii zero waste – i kolejny krok w kierunku chronienia planety. Sapała prosi swoich rozmówców o notowanie codziennych jedzeniowych odpadków (liczy się torebka herbaty i plasterek kiełbasy), skrupulatnie oblicza, jakich strat dałoby się uniknąć i podpowiada, że można udać się na kurs gotowania z resztek (to, co na wsi jest nie do pomyślenia, w mieście okazuje się modą). Ponadto przedstawia czytelnikom ideę freeganizmu – i nie chodzi tutaj o przeczesywanie śmietników w celu znalezienia pożywienia, a o sprawdzanie, czego pozbywają się wielkie sklepy lub restauracje. Interesuje się również foodsharingiem: i tu podpowiada, co zrobić z niepotrzebnym lub nadmiarowym jedzeniem. Jest to publikacja, która może zmienić sposób myślenia o przygotowywanych na co dzień potrawach – dlatego też warto się jej przyjrzeć, zwłaszcza że reportażowa forma sprawia, że dobrze się ją czyta.

W literaturze rozrywkowej niezawodna Santa Montefiore przychodzi z „Kuszeniem Gracie” (Świat Książki). To obyczajówka, w której znajdzie się kilka cennych podpowiedzi na temat tego, jak przejść przez życie w zgodzie ze sobą. Gracie, starsza pani, wybiera się w podróż do Włoch. Miejsce pamięta z młodości, przeżyła tam zresztą wielki miłosny zawód. Zabiera ze sobą córkę (kompletnie niezainteresowaną rodziną, za to oddaną pracy) oraz wnuczkę (skupioną wyłącznie na nowych mediach). Przy okazji własnej mentalnej podróży w przeszłość i dzięki kursowi gotowania może doprowadzić do wymiany zwierzeń – a to pierwszy krok do odbudowania rodzinnych więzi. W „Kuszeniu Gracie” poza problemami sercowymi sporą rolę odgrywa nastawienie na bliskich, ale Santa Montefiore ozdabia jeszcze historię relacją niemal kryminalną – w przeszłości Gracie pojawia się sekret, który wstrząśnie rodziną.

A jeśli chodzi o rodzinę niezbyt udaną – Małgorzata Strękowska-Zaremba pisze dla najmłodszych książkę, która pobrzmiewa jak prosta ballada, a jest analizą tego, jaką krzywdę wyrządzają dorośli swoim pociechom, kiedy nie potrafią się porozumieć. „Złodzieje snów” (Nasza Księgarnia) to niby bajka, niby prosta historyjka – a jednak wstrząsająca i wyjątkowo trafna relacja. Z tą publikacją powinni się zapoznać w pierwszej kolejności dorośli – i to jeszcze zanim zaczną kłócić się przy maluchach…

Izabela Mikrut