Jest taka książka, która ucieszy miłośników dawnej obyczajowości. „Saga rodu Czartoryskich” (Iskry) Zofii Wojtkowskiej to monumentalna opowieść składająca się z serii biograficznych esejów poświęconych życiorysom i dokonaniom kolejnych przedstawicieli wielkiego rodu. Autorka wybiera kilkadziesiąt postaci, które wydały się jej albo szczególnie ważne dla ukazania znaczenia rodu przed wiekami, albo – na tyle barwne, że przyciągną dzisiejszych czytelników. Stawia na omawianie relacji międzyludzkich (wykorzystuje wówczas i poetykę plotki, i sekrety z pamiętników czy wyznań). Czyta dokumenty i śledzi zależności, sprawdza, co Czartoryscy robili dla kraju, a co – dla lokalnej społeczności. Ocenia, czasami dość surowo, kolejnych bohaterów. Prezentuje ich tak, by jak najwięcej odbiorców do lektury przyciągnąć. Za każdym razem szuka ciekawostek i zjawisk nietypowych, przy okazji zajmując się odtwarzaniem realiów czasów, w których żyli bohaterowie. Nie układa monotonnych życiorysów: każdy portret ma swój – różny od pozostałych – urok i każdy może zamienić się w podróż po historii. To książka dużych rozmiarów – i znakomicie realizująca wytyczne obowiązujące w biograficznych pozycjach Iskier. Warta uwagi zwłaszcza jeśli ktoś fascynuje się dawnymi zwyczajami.

Grudzień to wysyp książek „świątecznych”. Agnieszka Błażyńska proponuje urokliwą miniaturkę „Dorzuć mnie do prezentu” (Wielka Litera), w której do motywu Bożego Narodzenia dochodzi jeszcze… kwestia koronawirusa. Wprawdzie autorka nie do końca w trakcie pisania była w stanie przewidzieć panujące obostrzenia i trochę sytuację modyfikuje, ale i tak sprawia, że odbiorcy będą mogli przejrzeć się w postaciach, które – jak to zwykle w grudniowych opowieściach bywa – dążą do pojednania z członkami rodziny, zaczynają sobie wybaczać albo zastanawiać się nad własnym życiem. Dzieli książkę na kilka części, w każdej oddaje głos innej postaci – i prezentuje inną historię. Tyle tylko, że bohaterowie owych historii spotykają się ze sobą i zyskują dzięki takiemu podejściu bagaż doświadczeń nieznanych czytelnikom wcześniej. Ciekawa konstrukcja trochę oddala stereotypowość – ta publikacja może dostarczyć rozrywki czytelnikom.

Psychologiczną i rozbudowaną powieść Bruce’a Holsingera „Szkoła geniuszy” (Prószyński i S-ka) czytać można przez pryzmat rozbuchanych ambicji dorosłych – albo przez granice troski o najbliższych. Oto w miasteczku naukowców i przedsiębiorców ma powstać szkoła dla wyjątkowo utalentowanych dzieci. Walka o miejsce w tej placówce jest ostra i wyzwala sporo konfliktów, zwłaszcza między przyjaciółmi, którzy dla swoich dzieci chcieliby jak najlepiej. Autor wymyśla oryginalną fabułę, przygląda się charakterom, jednak nie do końca przekonuje do motywacji postaci. Rejestruje wydarzenia z różnych domów, a do tego – upadek moralności. Częstuje odbiorców rozmaitymi gierkami psychologicznymi, w których dorośli obnażają swoje słabości. Ma jednak w zanadrzu kilka tajemnic, które odsłoni dopiero w finale, więc czytelnicy powinni być usatysfakcjonowani takim podejściem do tematu. Dzieci mogą samodzielnie uczyć się odczytywania godzin z książeczką „Mój pierwszy zegar” (Harperkids). To publikacja, w której pojawiają się kolejne godziny powiązane z działaniami zwierzęcych bohaterów-przedszkolaków. Przy każdej czytelnej dla maluchów sytuacji (z drobnym tekstowym komentarzem) pojawia się miniaturka zegara z odpowiednią godziną. W prawdziwym zegarze – na pierwszej stronie tomiku – trzeba ustawić wskazówki na wzór rysunku. To z pewnością zabawa na tyle oryginalna, by przyciągnąć dzieci do lektury, i na tyle angażująca, że maluchy będą chciały uczyć się odczytywania godzin. Prosty pomysł okazał się tu strzałem w dziesiątkę – na długo zajmie dzieci. Książeczka nie jest typową lekturą, pełni funkcje mnemotechniczne i daje się docenić.

 

Izabela Mikrut