Jest taka książka, która ucieszy kociarzy i fanów lekkich powieści kryminalnych. „Ja cię kocham, a ty miau” (W.A.B.) Katarzyny Bereniki Miszczuk to historia przedstawiona z perspektywy czterech łap. Lord, kot Ali, może wcisnąć się tam, gdzie ludzie nie trafią – i dzięki temu ma dokładny przegląd wydarzeń w domu pana Śmietańskiego, starszego ekscentryka urządzającego konkurs dla artystów. Pan Śmietański ogłasza nietypowy sposób znalezienia swojego przyszłego spadkobiercy. Wyznacza artystom kolejne zadania – i otwarcie krytykuje gotowe prace. Niby odpaść można tylko na własne życzenie (albo wyraźną sugestię gospodarza), a jednak… kolejni ludzie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Lord dość szybko zdradza, co dzieje się z pierwszym – do odkrycia losu następnych upłynie trochę czasu. Kot oczywiście może prowadzić narrację, ale nie ma szans opowiedzenia o swoich odkryciach Ali – na tym autorka zasadza komizm powieści. Zdarza się, że sięga do motywów nieco sentymentalnych i naiwnych (kocie zachowania znane ludziom w połączeniu z kocią interpretacją) – ale ogólnie nie męczy przez zwierzęcego opowiadacza. Ma pomysł na wciągającą fabułę, a to najważniejsze. Dla zachowania tempa musi też autorka zrezygnować z rozwijania pobocznych wątków, jedynie szkicowanych – stara się uprawdopodobnić relację, czasami nawet za bardzo, co nie zmienia faktu, że dobrze się tę powieść czyta. „Ja cię kocham, a ty miau” to zabawa z kryminalnym dreszczykiem – dla wszystkich tych, których zmęczyły kryminały noir i thrillery.

Kwarantanna narodowa sprzyja tworzeniu teorii spiskowych. Wszystkim, którzy potrzebują prawdziwych opowieści mrożących krew w żyłach – a dotyczących teraźniejszości i niedalekiej przyszłości ze sztuczną inteligencją – można podsunąć tom „Nabici w facebooka” (Media Rodzina), z jednym zastrzeżeniem. Autor, Roger McNamee zachowuje się w narracji jak zgorzkniały, odrzucony i nikomu niepotrzebny malkontent, który za wszelką cenę chciałby doprowadzić do upadku wielkich firm działających w branży nowych mediów, tylko po to, żeby udowodnić, że jednak miał rację. Przytacza dość ciekawe informacje z ukrywanej strony social mediów, opowiada, jakie błędy popełniali twórcy tytułowego portalu, jakie skandale uszły im na sucho i do czego to wszystko mogło doprowadzić – ale jękliwo-uparty ton skutecznie blokuje radość śledzenia tekstu. Chyba że ktoś wie, jak czytać między wierszami i odrzucać emocjonalne komentarze, żeby wyłuskać spod nich właściwą treść.

O Słowacji – nawet stereotypowo – niewiele da się powiedzieć bez namysłu. Może to zmienić zbiór reportaży, które proponuje Andrej Bán: „Słoń na Zemplinie” (Książkowe Klimaty) to zestaw drobnych – a pisanych przez kilka dekad – obrazków ze Słowacji. Autor przygląda się tyglowi kulturowemu w małych społecznościach, tropi absurdy i wyjaśnia, co zajmuje mieszkańców. Próbuje rozwiązywać zagadki, nakreślać tło konfliktów lokalnych i wysłuchiwać zwykłych ludzi – wszystko to okraszone jest dyskretnym humorem, który dodatkowo ma wpływ na klimat tekstów.

Młodzież może ucieszyć się z powieści „Wszystko z winy pioruna” (Akapit Press) – nie dlatego, że pojawia się tu motyw zamiany ról (i płci), dość infantylnie wyjaśniony skutkiem uderzenia pioruna. Ale Arianna Leoni wykorzystuje taki pomysł, żeby sformułować i przedstawić młodzieży oczekiwania wobec „tej drugiej strony”. Chłopcy dostaną instrukcję obsługi dziewczyn, dziewczyny zrozumieją, że nie zawsze mają rację. Całość jest zanurzona w szkolnej społeczności i stanowi miłą rozrywkową lekturę – ale wartość pedagogiczna będzie tu najcenniejszą zdobyczą dla odbiorców.

Izabela Mikrut