Jest taka książka, która na rynek wydawniczy powraca – w innym wydawnictwie, poszerzona o kilka rozmów, ale zdecydowanie warta tego, żeby zwrócić na nią uwagę. „Stuhrmówka. A imię jego czterdzieści i cztery. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką” (Rebis) to publikacja mocno wyróżniająca się spośród licznych wywiadów rzek z artystami. Przede wszystkim – klasą, poczuciem humoru i sposobem prowadzenia narracji przez Macieja Stuhra. Aktor opowiada o różnych aspektach swojego zawodu: o szkole aktorskiej i pracy ze studentami, o teatrze (między innymi o spektaklach Warlikowskiego), o filmie i serialach, o kabarecie czy o prowadzeniu różnych imprez czy o dubbingu. Przedstawia swoje poglądy na występowanie, przemyca kilka ważnych uwag na temat aktorstwa jako takiego – i zasypuje czytelników anegdotami. Zabawne opowieści z planów czy ze spotkań towarzyskich to czynnik, który przyciągnie największą liczbę odbiorców – nie ma co do tego wątpliwości. Stuhr wie, jak podkreślać puenty w żartach sytuacyjnych i jest mistrzem ironii. Czaruje słowami i to w publikacji bardzo widać. Do tego wie, ile z prywatnej strefy zdradzić, żeby nie zniechęcić do lektury tych, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś o jego życiu pozascenicznym – a przy tym jest dyskretny. Proponuje rozmowę elegancką i nasyconą informacjami, a przy tym lekką i dowcipną. Beata Nowicka dotrzymuje mu kroku, jest dziennikarką, która pozwoli się wygadać, przypomni, kiedy trzeba, a rozmową steruje bardzo delikatnie, tak, żeby nie wychodzić na pierwszy plan. Przy takich rozmowach – bo książka jest zestawem wywiadów przeprowadzanych przez ponad rok, a później jeszcze uzupełnionych na potrzeby drugiego wydania – niepotrzebne wydają się już „laurki” od znajomych, współpracowników czy rodziny i przyjaciół. Kolejni ludzie portretują Macieja Stuhra i próbują uciekać od konwencjonalnych pochwał – tylko niektórzy wprowadzą coś ciekawego do wiadomości. Ale ponieważ przewijają się też w opowieściach Stuhra, trafiają do tomu jako uzupełnienie. „Stuhrmówka” to książka atrakcyjna i nie zmienia tego upływ czasu.

W stereotypy uciekła za to Ałbena Grabowska, która w tomie „Matki i córki” (Marginesy) buduje czteropokoleniową sagę tak, by uświadomić odbiorczyniom trudne losy kobiet na przestrzeni całego XX wieku. Pierwsza z bohaterek, Maria, za mężem-zesłańcem wyjechała na Sybir. Jej córka Sabina trafiła do obozu koncentracyjnego (który przerwał jej muzyczną karierę) i została zmuszona do zapewniania rozrywki obozowej kapo. Córka Sabiny, Magdalena, mierzyła się z szarością PRL-u i z dylematem, czy emigrować, czy pozostać w kraju i samotnie wychowywać córkę. Lila jest najmłodsza z rodu i w niej kumulują się problemy matki, babki i prababki. Ałbena Grabowska wie, jak budować przyciągające uwagę scenariusze, ale posługuje się w nich kliszami, nie powie nic odkrywczego, jeśli chodzi o dzieje – a i sam wpływ historii na losy jednostek to temat doskonale znany. Jednym z czynników, które mają do lektury przyciągać, jest całkiem udana narracja – autorka rozwija się w tej płaszczyźnie i rozbudza ciekawość.

Paulina Młynarska tym razem tworzy książkę-reklamę. „Jesteś spokojem” (Prószyński i S-ka) to opowieść o dobroczynnym wpływie jogi. Joga ma stać się lekarstwem na traumy, problemy psychiczne i dolegliwości fizyczne, jednocześnie zachęca do skorzystania z regeneracyjnych wyjazdów organizowanych przez samą autorkę. Żeby jednak zwrócić na siebie uwagę, Paulina Młynarska dzieli się kilkoma pikantnymi szczegółami z własnego życia – zwłaszcza trudnymi i przykrymi doświadczeniami z dzieciństwa. Powraca do nich i czasami trudno powiedzieć, czy chce tym samym wywołać skandal, który sprzyja sprzedaży, czy też przekonać czytelniczki, że skoro poradziła sobie z tak wielkimi wyzwaniami, to joga musi być naprawdę cudowną terapią. Podpowiada czytelnikom, że warto mieć odwagę, by realizować marzenia – nawet te najbardziej śmiałe.

Izabela Mikrut