Jest taka książka, która będzie wyzwalać skrajne uczucia, od nieskrępowanego śmiechu po obrzydzenie – i chociaż autorzy ostrzegają (niejeden raz), że to tom dla ludzi o mocnych nerwach, nie da się pohamować ciekawości. „Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego) to przegląd kuracji, których nikt nie chciałby testować na własnej skórze. Lydia Kang i Nate Pedersen gromadzą w książce opowieści o amputacjach i trepanacjach, o wykorzystywaniu ludzkich zwłok lub różnych części ciała zwierząt. Rejestrują najbardziej szkodliwe pierwiastki lub rośliny o właściwościach uzależniających – albo trucizny – wykorzystywane przez pseudomedyków w różnych czasach. Pokazują, że ludzka wyobraźnia nie zna granic i próby pozbycia się niechcianych dolegliwości na przestrzeni wieków owocowały przedziwnymi eksperymentami. Nie zawsze zresztą to eksperymenty z użyciem ciężkich narzędzi, urządzeń do lewatywy lub niebezpiecznych roślin: zdarzają się terapie seksem albo wykorzystywanie zimnej wody – tyle tylko, że bez naukowego podparcia łatwo o nadużycia i w konsekwencji o szkodzenie zamiast pomocy. Autorzy spisują ciekawostki paramedyczne, układając je w tematyczne rozdziały – ale całość opatrują prześmiewczym komentarzem. W czytelnikach ścierać się zatem będzie współczucie dla pacjentów (którzy często nie przeżywali kuracji) ze śmiechem – tom dostarcza rozrywki, a przy okazji jest ciekawostką z wyimka dawnych obyczajów. Co ważne, Kang i Pedersen zdają sobie sprawę z tego, że – być może – niektóre ze stosowanych dziś powszechnie metod leczenia kiedyś trafią do podobnego rejestru, jako medyczne kurioza.

Paragraf 22” i „M.A.S.H.” odżywają w tomie „Czerwony pluton” (Czarne). Clinton Romesha najpierw uwodzi odbiorców przez humorystyczne przedstawianie żołnierzy z jednostki stacjonującej w Afganistanie, usypia czujność przez rejestr wygłupów, by następnie przejść w sam środek walk. Sednem opowieści czyni zmasowany atak talibów na jednostkę: przenosi się od postaci do postaci, by – zbyt często – towarzyszyć im w ostatnich chwilach życia. Przy okazji uświadamia odbiorcom, jak złudne bywa poczucie bezpieczeństwa. Dramatyczne momenty kontrastują z wcześniejszą wesołością – ale autor wyraźnie ma pomysł na cały książkowy reportaż – i literackie zacięcie.

Kto ma ochotę na książkę zmysłową, chociaż w dużej części poruszającą bardzo trudne tematy, może sięgnąć po tom „Gołda Tencer. Jidisze mame” (Edipresse). To publikacja, która robi wrażenie objętością – prawie 600 stron tekstu oznacza możliwość przyjrzenia się różnicom kulturowym i temu, jak wydarzenia historyczne wpływają na jednostki. Katarzyna Przybyszewska-Ortnowska usuwa się tu w cień, oddaje głos Gołdzie Tencer: a ta opowiada o własnym życiu, o odkrywaniu tajemnic z rodzinnej przeszłości, o zapamiętanych z dzieciństwa smakach, o małżeństwie i o teatrze. Z kolei konsekwencje marca 1968 są tu prezentowane w wielu różnych ujęciach, przez opowieści szkolnych kolegów: tutaj scenariusz wydarzeń bywa powtarzalny, ale liczy się ładunek emocji. Sama Gołda Tencer potrafi mówić o sobie z humorem.

Dla dzieci tym razem powrót do klasyki: nieznane wiersze Wandy Chotomskiej. „Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach” (Nasza Księgarnia) to książka stworzona dla wszystkich fanów bajek w zgodzie z rytmem natury – ale też i dla tych, którzy lubią bajkowe dowcipy tej autorki. Pojawią się w książce odniesienia do zjawisk przyrody, ale też – wytwory fantazji, które udowodnią najmłodszym, że samodzielnie można sobie wyczarować prawdziwą przygodę. Tym, co w przypadku tej książki przyciąga wzrok, jest strona graficzna. Ewa Poklewska-Koziełło proponuje tu feerię barw, ilustracje w duchu tradycyjne, a jednocześnie uwodzące kilka pokoleń odbiorców.

Izabela Mikrut