Jest taka książka, która odciągnie dzieci od smartfonów, niewielkimi nakładami czasu i pieniędzy ze strony rodziców. To „The dad lab. Domowe laboratorium” (Bukowy Las) Siergieia Urbana, kolejna publikacja wyrosła ze sfery blogerskiej. Autor – ojciec dwóch chłopców – postanowił zainteresować synów nauką na bazie zabawy. Podpowiada, jak rozbudzić ciekawość maluchów bardzo prostymi sztuczkami. Będzie tu tworzenie ogromnych baniek mydlanych, w których zmieści się dziecko, lepienie „glutków” z mąki i wody, „czarowanie” – zmienianie kolorów wody w butelkach albo koloru soku z kapusty. Będzie robienie harmonijki z patyczków po lodach i recepturek, mrożenie figurek dinozaurów w balonach, budowanie z balonów wagi, tworzenie elektromagnesu i rysunku, który przewodzi prąd. Będzie mnóstwo zabawy i odkryć, które najmłodszych zafascynują. Każdy temat składa się z prostego schematu przygotowań (na zdjęciach pozują synowie autora, ale Siergiei Urban we wstępie przekonuje – całkiem słusznie – że wszystkie zabawy można przeprowadzać z dziewczynkami. Podpowiada autor rozrywki nieoczywiste, ale na pewno pozwalające odpędzić nudę. Jeśli ktoś nie ma pomysłu, jak zająć czymś dzieciaki, „The dad lab” będzie kopalnią wskazówek.

Wakacyjną w duchu i krzepiącą obyczajówkę proponuje Sue Roberts. „Moje wielkie greckie wakacje” (Świat Książki) to tom, który rozpoczyna się od klasycznego już w gatunku wstrząsu: bohaterka, Mandy, dowiaduje się, że mąż nie chce już dłużej z nią być. Kobieta, która wyszła za swojego najlepszego przyjaciela, a przez luki w wykształceniu może jedynie pracować na stanowisku barmanki w podrzędnym barze, nagle znajduje się na rozdrożu. Zmuszona do urlopu, przekonuje się, że doskonale radzi sobie z wyzwaniami, także tymi na kanwie zawodowej: zorganizowanie wielkiego festiwalu muzycznego w Grecji to w końcu nie lada sztuka. Mandy jednak rzuca się w wir nieznanych sobie dotąd zajęć i radzi sobie świetnie. W tej powieści nie chodzi nawet o to, żeby dostarczać odbiorczyniom fabuły, jaką doskonale mogą sobie przewidzieć: liczy się optymizm mimo wszystko i podpowiedź, żeby w trudnych chwilach się nie poddawać. Sytuacja Mandy nie jest godna pozazdroszczenia, a jednak kobieta nie wpada w kompleksy i nie próbuje umniejszać swojej wartości. I to najważniejsze przesłanie, jakie z prostej obyczajówki wynika.

Green Scum stworzył „Nuselski punk” (Prószyński i S-ka) trochę jako odskocznię od młodej literatury, trochę jako sposób przedstawienia buntowniczego stylu życia punków, a trochę… w nawiązaniu do tradycji literackich – Hrabala czy Grzesiuka (chociaż to drugie skojarzenie pojawi się raczej tylko u polskich odbiorców). To krótkie scenki z życia mieszkańców „proletariacko-romskiej” dzielnicy w Pradze. Bohaterowie doświadczają tu tego wszystkiego, co pojawia się i w arcydziełach literatury, jednak na swój sposób okazują emocje lub dystansują się od problemów. Charakterystyczny jest w tej książce język, który wręcz uniemożliwia skupianie się na fabule: przyciąga uwagę i zmusza do konfrontowania wyobrażeń z przedstawianą przez autora codziennością.

Jeśli ktoś ma ochotę na rozbudowaną narracyjnie powieść w starym stylu, z odrobiną magii i mnóstwem tajemnic – ale bez infantylizmu – sięgnąć powinien po „Las zna twoje imię” (Albatros). Alaitz Leceaga przygląda się tu relacjom dwóch sióstr bliźniaczek, z których jedna ma nie dożyć piętnastych urodzin. To nie tylko perypetie rodowe bohaterek skazanych na dorastanie w rodzinie o skrajnych poglądach, ale też refleksja na temat miejsca kobiety w przestrzeni społecznej. Leceaga nie boi się nagłych zwrotów akcji i dość radykalnych rozwiązań, za to uwodzi czytelników dodatkowo płynną, melodyjną narracją.

Izabela Mikrut