O nowym stadionie dla chorzowskiego Ruchu słyszę, co najmniej, od dekady. Spośród wielu prezesów, którzy w tym czasie przejmowali Niebieskie stery, był tylko jeden, który zamiast obiektu przy Cichej planował rozgrywanie spotkań na niezbyt odległym, ale gigantycznym i koszmarnie drogim, jak na klubowe warunki, Stadionie Śląskim. Zmieniali się prezesi, zmieniły się nastroje, zmieniała się rzeczywistość. Status quo dotyczył tylko obietnic. 16 października zmieniło się i to.

Na specjalnie zwołanej konferencji, Prezydent Miasta Andrzej Kotala jasno dał do zrozumienia, że stadion dla Ruchu to mrzonki, które odzwierciedlenie mogą znaleźć za dość odległą ilość lat. Powód: najprostszy z możliwych, miasta na to nie stać. Szczerze przyznam, bez fałszywej skromności, taki scenariusz przewidziałem (mam na to świadków). Do czasu projektowania można było jeszcze zwodzić ludzi, że Chorzów wzbogaci się o piękny, w planach wielofunkcyjny, obiekt. Później w tym temacie nastąpił totalny zastój, a każdy miesiąc przekreślał szansę na powodzenie misji. Teraz wiemy, że zamiast stadionu, powstanie dodatkowe boisko ze sztuczną nawierzchnią, a zamiast trybun, budynki i zaplecze sanitarne. Fajnie, bo zyska młodzież, ale trzeba pamiętać, że i oni muszą mieć magnes w postaci klubu, który zagwarantuje im jako taką przyszłość.

Błędów, związanych z Ruchem, w ostatnich latach, w Chorzowie popełniono sporo. Począwszy od brnięcia w klubowe finansowo-organizacyjne bagno skutkujące trzecią ligą, a skończywszy na wspomnianym już stadionie. Można zaryzykować, że teraz przy Cichej nie mają ani stadionu, ani drużyny. Na miarę oczekiwań.

Szanuję Prezydenta Kotalę, że zwołał konferencję i wyłożył karty na stół. Może dobrze się stało, że nikt nie powinien się już łudzić. Wszak szczerość w naszych czasach to wyjątkowo rzadka cnota.

dziennikarz redakcji sportowej Radia Katowice