Były sztuczne ognie, radosny śpiew kibiców i gratulacje, a zaczęło się tak:

Godzina 6:30, niedzielny poranek. Zamiast spać jak normalny człowiek ja byłem już na nogach. I to nie dlatego że za oknem oddział dzikich kosiarzy mordował trawę. Nie dla tego, że pies sąsiada ujadał na jeża giganta, który i tak sobie nic z tego nie robił. I nie dlatego, że w domu obok trwa remont, przy którym koncert Slayera to niewinne melorecytacje małej gęsiareczki. Nie. Nic takiego nie miało miejsca. Najzwyczajniej na świecie obudził mnie zwykły koszmar.

Śniło mi się, że PGG ROW Rybnik przegrał u siebie mecz finałowy jednym punktem…… Powiedzcie, kto z Was by się nie obudził??

Gdy przyjechałem na stadion, po porannych demonach nie było śladu. No, bo niby jak „Rekiny” miały by przegrać, gdy na trybunach siedział ósmy zawodnik w postaci ponad dwunastotysięcznego tłumu kibiców.

Po prezentacji zawodników spiker zapytał: – Kto wygra mecz? W odpowiedzi z trybun rozległ się nie gromki okrzyk, ale potężny grzmot z tysięcy gardeł: ROOOWWWW. Zaczęły się zawody.

   Od pierwszego biegu ton zawodom nadawali gospodarze. Najpierw Dan Bewley w piękny sposób minął na dystansie Nicolai Klindta. W biegu młodzieżowym Tudzież i Chmiel przywieźli trzy punkty. Swoje dołożyli również Łogaczew i Szczepaniak przyjeżdżając na 5:1, a przypieczętował to wszystko Woryna. Po pierwszej kolejce na tablicy widniało 22:14 dla gospodarzy.

I choć walki na torze nie brakowało to do X biegu drużyna z Rybnika spokojnie utrzymywała ośmiopunktową przewagę.

W dwunastym biegu Chmiel i Łogaczow zaliczyli wywrotkę w pierwszym łuku i sędzia wykluczył z biegu Rosjanina. W serca rybnickich kibiców wdarł się cień niepokoju, bo po wyścigu wynik meczu brzmiał 38:34. Na szczęście w trzynastym biegu obudził się Troy Batchelor a w następnych, pozbawili Ostrowian złudzeń Szczepaniak, Bewley i Woryna. Było 49:41

I choć może wynik tego nie odzwierciedla w pełni, to trzeba przyznać, że drużyna Ostrovi, która skazana była na pożarcie od samego początku sezonu, biła się z PGG ROW Rybnik jak równy z równym o wejście do PGE Ekstraligi. Jeśli nabiorą wiatru w żagle to, kto wie jak skończą się spotkania barażowe ze Stalą Gorzów. Gdyby wygrali, (czego im życzę za serce do walki) to mieli byśmy w pierwszej lidze trzy bardzo nowoczesne stadiony żużlowe. Gorzowski, Toruński i Łódzki, o ile Orzeł wygra swoje baraże.

I słów kilka o tym, co się działo na końcu. Nad stadionem latał samolot ciągnąc za sobą baner z napisem: EKSTRALIGA 2020 YNO ROW. Niejaki Krzysztof potocznie nazywany Prezesem został zaatakowany przez grupę jednakowo ubranych „chuliganów”. Oblali biedaka szampanem, zdarli z niego marynarkę i spalili. Ten salwował się ucieczką by po chwili wyskoczyć na quadzie z wielką flagą.

   Szkoda tylko, że do następnego meczu i spotkania z moją Lożą Szyderców, poczekać trzeba będzie do wiosny przyszłego roku.

Krzysztof „Waluś” Walkowiak