Raz dwa trzy, próba felietonu. W chwili, gdy piszę ten tekst, jeszcze można wykorzystać szansę i kupić bilety na ostatni spektakl trzynastego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, czyli przedstawienie „Wielki John Barrymore”: ale nie jest powiedziane, że do piątku coś zostanie w sprzedaży: w tym wypadku warto decydować się jak najszybciej i zapewnić sobie moc teatralnych wrażeń podczas ostatniego wieczoru z ChTO w te wakacje. Finał – wymarzony. „Wielki John Barrymore” w skrócie to znakomita kreacja Jerzego Treli i partnerującego mu na scenie Aleksandra Fabisiaka w roli suflera. Opowieść o starzejącym się aktorze szekspirowskim, który raz jeszcze ma stanąć w świetle reflektorów i popisać się rolą Ryszarda III skłania do refleksji nad kondycją człowieka (i, siłą rzeczy, również teatru). John Barrymore nie chce dać o sobie zapomnieć widzom. Ma już problemy płynące nie tylko z wieku i podupadającego zdrowia: wspomagał się alkoholem, również teraz nie rozstaje się z ulubioną whisky, a to nigdy nie pozwala na wykorzystanie pełni potencjału twórczego. Tyle tylko, że Barrymore jest innego zdania. Każda próba streszczenia tego spektaklu wypadnie gorzko i nieprawdziwie: Jerzy Trela wcielający się w wyniszczonego na własne życzenie artystę zamienia relację w pasmo anegdot z czasów świetności – oraz przemyśleń na temat niezwykłości samego zawodu, który daje szansę nawet pozornie przegranym. Scena ma w sobie magię, ma moc, której nie da się ignorować. A przecież John Barrymore był nie tylko aktorem szekspirowskim: sprawdzał się w rolach komediowych. I to przełamanie Trela potrafi wspaniale wydobyć. Staje się sceniczna opowieść nie tylko zmaganiem z własnymi słabościami. Staje się próbą uzyskania odpowiedzi na pytanie o sens istnienia. Bez patosu, za to ze śmiechem, z pełną świadomością, że wprawdzie to historia prawdziwa i – niestety – często powtarzalna, ale jednak pełna zabawnych anegdot. Nie trzeba wiedzieć, kim był John Barrymore, żeby świetnie się podczas spektaklu bawić: to rozrywka najwyższej próby i zawierająca celne komentarze dotyczące nie tylko teatralnej codzienności.

Dla obu aktorów występujących w tym spektaklu ważne jest, żeby mówić publiczności o czymś, żeby unikać pustki tak charakterystycznej dla produktów kultury masowej. Liczy się treść, a nie wygłup: dopiero na bazie dobrego tekstu można popisywać się aktorstwem komediowym, a do tego wzruszać i nakłaniać do refleksji. Jednostkowy przypadek okazuje się punktem wyjścia do uogólnień i charakteryzowania nie tylko środowiska aktorskiego: to opowieść o człowieku, który przestaje pasować do własnego otoczenia. W takiej sytuacji można tylko walczyć.

Spektakl „Wielki John Barrymore” to dla chorzowskiej publiczności szansa na zetknięcie się z kolejną produkcją Teatru STU – i przekonanie się o niezwykłości tego miejsca, co podkreśla zwłaszcza założyciel teatru, Krzysztof Jasiński. Rok temu w wywiadzie dla „Sztajgerowego Cajtunga” zaznaczał on: „Rodzina, jak w przypadku artystycznych czy rzemieślniczych przedwojennych rodów, to nie jest dorobek jednego człowieka. Oczywiście musi być założyciel takiej rodziny, ja mam to szczęście, że jestem założycielem rodziny Teatru STU, ale to nie puste hasło, a pięćdziesiąt lat wspólnego myślenia, stosunku do człowieka. Rodzina to więź międzyludzka w oparciu o wartości. Teatr STU to związek artystów w oparciu o wartości wypracowane przez lata. W naszym środowisku wiadomo, co znaczy rodzina STU. Jest to najwyższa jakość sceniczna, etyka teatralna, moralność zakulisowa i nie tylko”. Jerzy Trela z Teatrem STU związał się jeszcze w czasie studiowania aktorstwa, jest zatem jednym z filarów teatru. Tym ciekawsza staje się propozycja finałowa trzynastego sezonu ChTO. „Wielki John Barrymore” pozostawi odbiorców z pewną historią i przemyśleniami na długo. Tego wydarzenia nie można przegapić.

Spektakl 30 sierpnia o 19:00 w MDK Batory – czyli kolejnej, w tym roku dodanej, szóstej już scenie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.

Zapraszam,

Naczelny Ogrodnik Sergiusz Brożek