Gdy po dniach Jakuba Wędrowycza wyjeżdżałem z Wojsławic, jakoś tak podświadomie skręciłem w stronę Krasnego Stawu. Zorientowałem się gdzie jestem, dopiero mijając tablicę z nazwą miasta. Jednak organizmu nie da się oszukać. I po kilku dniach próbowania przeróżnych specjałów, w których to gustuje bohater opowieści Pilipiuka, kefir był tym czego potrzebowałem. Zaspokoiwszy potrzeby na nabiał i kultury bakterii (a wiadomo, że kultury nigdy dość) założyłem słuchawki, włączyłem sobie The Hu. I tak siedząc na wschodzie Polski, popijając mleczny produkt regionalny i słuchając mongolskiej kapeli, pochylony nad mapą zastanawiałem się co, a w zasadzie gdzie dalej. I wtedy zobaczyłem nazę Ulan Majorat. Myślę sobie, to nie jest przypadek. Mongolska muzyka, nazwa miejscowości też jakby taka nie do końca polska, jadę. Odpaliłem Bambaryłę i tyle mnie widzieli w Krasnym….

Droga miała mi zająć jakieś dwie godzinki z niewielkim okładem. Ale jak nic cię nie goni, masz czas i nie masz żadnych zobowiązań, to możesz się porozglądać. No i z tego rozglądania zrobiły się godzinki cztery. Po drodze oczywiście okazało się, że nie zabrałem ze sobą srebrnej taśmy, która jest zupełnie niezbędna, a w połączenieu z trytytką stanowi uniwersalny zestaw naprawczy. Jako, że potrzeba posiadania taśmy stała się nagląca, znalazłem skład budowlany i tak trafiłem na Rafała.

Podczas zakupu pozwoliłem sobie na żarcik, że taka mongolska nazwa miejscowości i nagle zza pleców usłyszałem, że nazwa jest na wskrość polska, ale można kawałek dalej znaleźć mongolskie psy. Lekko oniemiałem. A jakie to są te mongolskie psy – zapytałem. I wtedy się zaczęło. Z każdym z wypowiadanych słów przez Rafała byłem coraz bardziej ciekaw tych stworzeń. A gdy okazało się, że mam czas i nic mnie nie goni, zostałem zaproszony do poznania tajemniczych psów.

Pierwszy raz na oczy zobaczyłem Owczarka Mongolskiego . I tak jak myślałem, że po moim Maćku już żaden pies mnie zainteresuje, tak tu po kilku godzinach z psami i opowieściami Rafała byłem ugotowany i to na miękko. Najzwyczajniej w świecie straciłem głowę dla tych psów. Zresztą jak się okazało, nie ja jeden. Ale posłuchajcie tego.

Rafał jako mały chłopak przygarniał wszystkie czworonogi, które się pałętały koło niego. Z wiekiem jakoś mu nie przeszło, a wręcz odwrotnie. Najpierw był Berneński pies pasterski. Skądinąd znam rasę i nie dziwię się, że wybór padł na to zwierzę. Niestety psy te żyją dość krótko. Wtedy Rafał zaczął przetrząsać zasoby internetu w poszukiwaniu psa, który miał by zrównoważone usposobienie, był doskonałym psem stróżującym i co najważniejsze, nie był podatny na choroby.
I tak właśnie trafił na rasę, która w Mongolii od wieków pełniła rolę psa do „tańca i do różańca” Mongolian Bankhar­.
Pies ten pilnował stada, opiekował się dziećmi, dbał by nikt o złych zamiarach nie skrzywdził jego stada. Czy to ludzkiego, czy też zwierzęcego. Dość powiedzieć, że jeśli stada pilnuje Mongolian Bankhar, to nawet wilki i pantery śnieżne omijają je wielkim łukiem. Pewnie spodziewacie się, że pies ten to jakiś potwór. Otóż nie. Jest to rasa pierwotna, która od wielu wieków pozostała niezmieniona. Żadnych modyfikacji genetycznych, żadnej złej krwi, żadnego udziwnienia. Pies ten mając 18 lat gania po stepie i pilnuje stada. Rodzi sie tylko raz w roku w miesiącach zimnych (tak jak wilk). Tylko najsilniejsze osobniki są to w stanie przetrwać. Nie trzeba mu specjalistycznej karmy, chuchania i dmuchania. Jedyne czego wymaga to miłości i szacunku i tym też się odwdzięcza i to w dwójnasób.

I tak, po wielu poszukiwaniach, pokonaniu wielu barier językowych i logistycznych, Rafał stał się właścicielem pięknych trzech szczeniaków tejże rasy. Nie było to łatwe, ze względu na odległość i barierę językową. O kosztach lepiej nie wspominać. Pierwsze takie psy w Polsce i jedne z pierwszych w Europie. Z pięknym mongolskim rodowodem, od jednego z najlepszych hodowców w Mongolii. Miałem okazję zobaczyć je, już jako prawie dorosłe. Robią wrażenie, nie tylko urodą, budową i postawą, ale przede wszystkim charakterem.

Nie będę tu się rozpisywał (i tak to zrobiłem 😉 ) o rasie. Takie informacje możecie sobie zdobyć w internecie. Jedno jest pewne, dzięki mojemu zamiłowaniu do samotnych wycieczek motocyklowych mogłem poznać Rafała, Wilczarza Buriacko-Mongolskiego, kartoflaka (niebo w gębie) i docenić różne wersje ulubionego napoju Jakuba, jak i kefir 😉

Krzysztof „Waluś” Walkowiak