Nic nie jest w stanie, tak bardzo, zepsuć sportu jak telewizja! Nie mam tutaj na myśli przeprowadzania transmisji, ale ustalania ich zasad.

Nie ma żadnych wątpliwości, że włodarze zza szklanego ekranu ułatwiają życie kibicom w kapciach, którzy nie muszą się nigdzie fatygować, bo wszystko, albo prawie wszystko, mają podane jak na tacy. Ale nikt także nie ma wątpliwości, że „decyzyjni” mają w nosie tych, którzy na sportowe wydarzenia chcą się wybrać.

Wystarczy spojrzeć na piłkę nożną. Kiedyś w Polsce, a do dzisiaj, w każdej szanującej się lidze, większość spotkań (choć transmitowana) rozgrywana jest o jednej (przyzwoitej) porze, wzbudzając emocje. A u nas? Mecze, jeden po drugim, przez cztery dni, zaczynając od południa, na środku nocy kończąc! A pozimo jaki jest, każdy widzi. Abstrakcja! Na dodatek, ktoś, kto wymyśla imprezy późnym wieczorem, w środku grudnia, musi być labo, pomylony, albo obdarzony totalną ignorancją. Ba! O ile futbol można przewidzieć, o której porze się zakończy, to z siatkówką jest już kłopot. Wiodąca stacja tej dyscypliny, spowodowała, że jesteś,my nią karmieni prawie 24 godziny na dobę, ale starcia, w środku tygodnia, kończące się po 23 są grubą przesadą. Niewielu, o zdrowych zmysłach, wybierze się do hali, mając na uwadzę roboczy następny dzień, a już, z pewnością nikt, nie zabierze ze sobą dziecka, które padnie po pierwszym secie!

Wiem, że żyjemy w czasach, w których każda złotówka się liczy, ale szczerze dziwię się klubom, że nie potrafią przeforsować kilku zmian. Chyba, że im to pasuje. Że nie oczekują pełnych trybun, że nie zależy im na zasilaniu budżetu z portfeli sympatyków, a zadowalają się przelewem ze stacji X, czy Y. W takim przypadku, może warto zastanowić się na odtwarzaniu dopingu z magnetofonu, a rezygnując z organizacji imprezy masowej, nie tylko skasować za transmisję, ale jeszcze przyoszczędzić na wydatkach?

Inna sprawa, że obecnie, ilość sportowych wydarzeń w telewizji powoduje u kibica podobne odczucie jak u przejedzonego w święta. Najchętniej udałby się w jedno miejsce i sobie ulżył!

Być może jestem nielicznych z niezadowolonych, ale uważąm, że nie idzie to w dobrym kierunku. Wszyscy, zgodnie, podkreślają, że w obliczu zabawek technologicznych trzeba młodzież aktywizować, a robi się wszystko, by jeszcze bardziej przykuwać ich do telewizora. Apeluję: nie idźcie tą drogą! Może dosadniej, przy okazji Barbórki, WEŹCIE SIĘ KLUPNIJCIE! Póki nie jest za późno!