Tigran Vardikyan o swoich obrazach mawia czule „gaduły” – i jest to chyba jedno z trafniejszych określeń w stosunku do jego twórczości malarskiej. Najpierw wiadomości obowiązkowe: w Galerii Teatru Korez (Katowice, plac Sejmu Śląskiego 2) do 19 stycznia 2020 roku można oglądać wystawę „Między jawą a snem”, złożoną z trzydziestu ośmiu obrazów, najnowszych i tych, które jeszcze znajdowały się w pracowni artysty. Każdy obraz to osobna historia z pogranicza baśniowości i realizmu, każdy cechuje się osobną i starannie przedstawioną puentą. Tigran Vardikyan zaprasza do krainy fantazji – w której odbiorcy mają szansę snucia własnych historii na bazie tych zarysowanych w uchwyconych kadrach. Tu każde dzieło ma wiele płaszczyzn znaczeniowych: można doszukiwać się skojarzeń z literaturą, nawiązań do twórczości malarzy na przestrzeni wieków albo – do relacji międzyludzkich, można też podziwiać zderzenie rzeczywistości z wyobraźnią. Bo coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste, za chwilę ujawnia swoje drugie dno, a potem otwiera szereg pytań i jednocześnie – opowieści. Postacie widniejące na płótnach, czy to z ludowych przekazów, czy – z satyry, karykaturalizowane, albo zamieniane w hybrydy – zajęte są swoimi sprawami i po prostu zapraszają odbiorców we własny świat. Nikt tu zwyczajnie nie pozuje, a nawet jeśli gdzieś pojawia się gloryfikowanie piękna ludzkiego ciała, natychmiast z różnych stron wychodzą dodatkowe stworzenia, które zamieniają akt w całą opowieść. Roznegliżowane kobiety – i te o idealnych sylwetkach, i – groteskowo deformowane – wyłaniają się z różnych sfer, znajdują dla siebie miejsce w uniwersum obrazu i… stanowią tło dla wszelkiego rodzaju elfów, skrzatów lub zwierząt. Ta kraina czarów nie zatrzymuje się nawet na chwilę, a odkrywanie pochodzenia lub skojarzeń charakterystycznych dla kolejnych postaci nie pozwala się oderwać od prac Tigrana Vardikyana.

Mocnym punktem wielu obrazów staje się komizm. Autor bez przerwy zwodzi odbiorców, każe im stopniowo poznawać opowieści, nie zdradza od razu wszystkiego: wykrycie pomysłu na dzieło to automatycznie droga do puenty – co ważne, wiele prac nie zna barier językowych: wprawdzie tytuły (Tigran Vardikyan mówi o nich „imiona”) rzucają czasem nowe światło na treść, ale same przesłania pozwalają na wielowymiarowe interpretacje. Poza „historiami”, gotowymi opowieściami zaklętymi w obrazie, znalazło się na wystawie również parę dzieł abstrakcyjnych – te pokazują umiłowanie dla szczegółu i umiejętność odwzorowywania detali. Zresztą, nie ma chyba widza, który nie doceniłby kunsztu koronkowych wykończeń w pięknych sukniach (albo magicznych run kreślonych przez jedną z postaci na malutkiej kartce). Tigran Vardikyan posługuje się tu różnymi stylami i można sprawdzić, jakie sposoby wyrażania siebie najbardziej mu odpowiadają. Nudy na wystawie nie będzie. A że autor świetnie radzi sobie w satyrze, podsunie odbiorcom naprawdę wiele rozwiązań komediowych i komicznych, nawet mimo woli, przez potęgę skojarzeń.

Światło i kolor to dwa elementy przykuwające uwagę i w zasadzie stanowiące potężną pułapkę na odbiorców. Można dać się oczarować barwom, można podziwiać połączenia kolorów, można też iść w stronę światła – najjaśniejszego punktu w obrazie i pozwolić mu opowiadać własną historię, czasami niezależną od tego, co roztaczane przez autora. To zabiegi nieco hipnotyczne. Obrazy zdradzają swoje sekrety i zabierają w świat magii. Istotne jest, że każdy znajdzie tu dzieło, które przemówi do niego najbardziej – więc przybliżanie kolejnych pomysłów i rozwiązań czy technik nie ma większego sensu – odbiór polega tu na oczarowaniu konkretną pracą i coraz lepszym poznawaniu jej. Tutaj bajka, sen, wyobraźnia – podsycają potęgę sztuki. Oto, co robi dorosły, który nie boi się przyznawać do fantazji. Przy tej wystawie można wiele przeżyć: wystarczy dać się uwieść. Wystarczy się wsłuchać w rozgadane – ale nigdy naiwnie rozpaplane – obrazy.

Izabela Mikrut