Praca w radiu wiąże się z wieloma łamańcami językowymi, ale nic nie jest w stanie dorównać nazwom klubów. Nie chodzi o trudność w ich wypowiadaniu, ale o długość która niebawem zacznie przekraczać możliwości czasu antenowego. Chodzi oczywiście o sponsorów, którzy widząc takie możliwości, przy każdej dogodnej okazji wplatają swoje firmy, zyskując miano tzw. sponsora tytularnego. Prym wiodą tutaj sporty motorowe, głównie żużel ale tuż za ich plecami są siatkówka i koszykówka. Kiedyś nazwa była świętością, której nikt nie miał prawa ruszyć, choćby sypnął pokaźną ilością grosza. Teraz kwoty są znacznie niższe, ale na bezrybiu i rak ryba, więc sprzedać można wszystko. Czasy są trudne, chętnych by pakować swoją forsę w sport niewielu, zatem trzeba brać co dają.

W pełni rozumiem fakt, że inwestor chce zaistnieć, wobec czego korzysta z szansy. Czasem jednak WARTO zastanowić się, czy WARTO? Już teraz telewizje mają problem, by całość zmieścić w określonych miejscach, a trudno oprzeć się wrażeniu, że niedługo będzie brakowało kratek nawet na klubowych dokumentach. Nierzadko nazwy bywają nie tyle problematyczne, co śmieszne. Wybaczą Państwo, nie będę przytaczał przykładu, ale wystarczy kliknąć na kilka sportowych stron by zamykać je z uśmiechem na ustach.

Celowo nie użyłem wcześniej argumentu odwołującego się do tradycji, historii i szacunku, bo wiem, że w 21. wieku, niestety, ma to znaczenie tak marginalne, że nikt się tym nie przejmuje. Szkoda, wydaje mi się, że można by ugrać tym znacznie więcej, a tymczasem zdarza się, że na przestrzeni kilkunastu, a nawet kilku lat, do zmiany nazwy jednego podmiotu dochodziło tak często, że nie wie, ani jak się nazywał, ani jak się nazywa, ani co to właściwie jest. Zatracenie tożsamości podobno jest najgorsze, ale kogo to… przecież pecunia non olet.

dziennikarz redakcji sportowej Radia Katowice

Zdjęcie autorstwa Mateusz Dach Pexels