Czy Górny Śląsk może być jak Italia? Ależ oczywiście! W Turynie na przykład mają swoją wersję Góry Świętej Anny.

 

Jako że od czasu do czasu miło jest powdychać lżejsze powietrze od naszego, na listopadowy urlop zdecydowałem się wybrać pod Alpy, do nieznanego mi wcześniej Turynu. Do dziewiczej rajzy przekonało mnie jedno zdjęcie.

Samuele Giglio/Unsplash

We współpracy z „wujkiem Google” ustaliłem, że ten efektowny punkt widokowy znajduje się na Monte dei Cappuccini – wzgórzu kapucynów, które śmiało można porównać do Góry Świętej Anny. Dlaczego? Tutaj również znajduje się klasztor, ponadto na obu wzgórzach doszło do bitew. Na Górze Świętej Anny w trakcie III Powstania Śląskiego, a na Monte dei Cappuccini – niecałe 300 lat wcześniej. I jak relacjonował pewien kapucyn, cuda się wtedy działy.

W 1640 roku Francuzi walczyli z hiszpańskimi Habsburgami, którzy władali Turynem. 10 maja ci pierwsi rozpoczęli szturm strategicznego wzgórza i wdarli się do kościoła Santa Maria al Monte, w którym ukrywała się miejscowa ludność. Doszło do rzezi, rozpoczęto plądrowanie świętości. Jeden z Francuzów postanowił dobrać się do tabernakulum, które otworzył szablą. W tym momencie, jak zrelacjonował brat kapucyński Pier Maria z Cambiano, z tabernakulum wydobyły się „języki ognia”, które przypaliły twarz i mundur protestanckiego żołnierza, a Francuzi natychmiast przerwali grabież. O tym ważnym dla turyńczyków wydarzeniu przypomina obraz, który znajduje się w atrium kościoła. Co prawda jedna z hipotez mówi, że złodziej po prostu dostał kulkę od jednego z obrońców, a jako że napastnik również był uzbrojony w broń palną – voilà, nieszczęście gotowe. Włosi jednak optują za pierwszą wersją wydarzeń.

Co ciekawe, gdy słońce powie turyńczykom „ciao” i ustąpi miejsca księżycowi, kościół podświetlony jest na niebiesko. Z moich informacji wynika, że nie jest to efekt sympatii do Ruchu Chorzów, chociaż pod względem piłkarskim też można doszukać się podobieństw Turynu do Górnego Śląska. Juventus FC znają wszyscy, nawet ci, którzy mniej kopią bal. W mieście działa jeszcze drugi znany klub – Torino FC. Te dwa zespoły zdobyły łącznie ponad 1/3 wszystkich mistrzostw Włoch w historii. Oczywiście, zdecydowanie więcej „gwiazdek” dołożyło „Juve”, ale i Torino – w którym przecież grał „nasz”, pochodzący z Jastrzębia-Zdroju Kamil Glik – miało okres, w którym było mocne jak niegdyś Ruch czy Górnik Zabrze.

Z byłym klubem Glika wiąże się tragiczna historia, która zakończyła erę „Grande Torino”. 4 maja 1949 roku piłkarze tego zespołu wracali z Lizbony, gdzie zagrali towarzysko z Benfiką. Samolot z zawodnikami, którzy pewnie zmierzali po czwarte z rzędu mistrzostwo Włoch, rozbił się na wzgórzu Superga – uderzył w znajdującą się tam bazylikę. Na wniosek klubu AC Milan, mistrzostwo zostało przyznane drużynie z Turynu, która na kolejny triumf musiała czekać prawie 30 lat.

Dids/Pexels

Miejsce to jest odwiedzane przez kibiców z całego świata, którzy składają przy pomniku szaliki swoich ulubionych klubów. Mimo że do samej bazyliki na ten moment wejść nie można (nie pozwala na to jej lichy stan), to jednak warto wybrać się na wzgórze – dla fantastycznych widoków (miasto i Alpy) oraz samej przejażdżki zabytkową banką.

Duminda Perera/Unsplash

Jest tu też kilka pieszych szlaków, z których można ruszyć przez lasy na inne wzgórza. Nie wiem jaką zwierzynę można tu spotkać, ale polowania w tych stronach musiały być naprawdę udane, skoro król Sycylii i Sardynii Wiktor Amadeusz II postawił pod Turynem taką oto rezydencję myśliwską (to tak z okazji niedawnego Hubertusa) ze srogim jeleniem na dachu:

loveombra/Pexels

Nie wypada cytować pana „Siary” z filmu „Kiler”, ale trzeba przyznać, że rozmach faktycznie jest tu zauważalny.

Polowanie z pewnością spotęguje głód, więc pierwsze kroki po myśliwskiej przygodzie należy skierować do kuchni, co by uwarzyć zdobycz. Jeśli jednak nie mamy flinty, to nic straconego – z głodu nie padniemy. Jeśli nam się poszczęści, to – przy pomocy wytresowanych psów – znajdziemy trufle, z których Piemont słynie. Jeśli jednak jesteśmy kompletnie nieprzygotowani i nie mamy nawet psów, to zostają nam grzyby, które turyńczycy dodają do nudli. Nudle w Italii są naprawdę dobre!

Po obiedzie pora na maszkety. Co prawda nie znalazłem krepli czy też szpajzy, ale źle nie było – Piemont to królestwo czekolady, a w dodatku tak się składa, że w listopadzie w Turynie odbywa się Festiwal Czekolady, na który przyjeżdżają cukiernicy ze wszystkich regionów Włoch. Na jednym z głównych placów znajdziemy kilkadziesiąt straganów z największymi pysznościami jakie tylko można sobie wybrazić. Masz ochotę na kalabryjskie tartufo albo sycylijskie cannoli? Zapraszamy! Marzysz o gorącej czekoladzie albo o likierze? Nie ma problemu! Nie jesteś przekonany co do smaku? Zachęcamy do degustacji. Moja nowa definicja raju!

A, bym zapomniał! Koniecznie trzeba skosztować Gianduję – nugat z orzechów typowych dla tego regionu. Zgadnijcie na czym wzorowała się Nutella…

Aha, drogie Panie. W Italii się nie tyje. Fakt, nie opinia.

Namierzyliśmy maszkety, pora więc na kawę. To akurat najmniejszy problem. Zwłaszcza w Turynie, czyli mieście wspaniałej Lavazzy, którą znajdziemy w każdej kawiarni, na każdej ulicy. Jest tu też muzeum tej firmy. W cenie biletu oczywiście degustacja nowości, które można później kupić w firmowym sklepie.

Muzeów jest tu naprawdę dużo. W tym poświęconym Egiptowi zobaczyć można jak wyglądamy na drugi dzień po udanym fajerze – mają tu aż 27 mumii! Co prawda w Turynie nie mogą się pochwalić tak dużą fabryką jak w Tychach, ale swoją siedzibę ma tutaj Fiat. Nie dziwi więc obecność muzeum automobilizmu. W znanym z pocztówek i zdjęć budynku Mole Antonelliana znajduje się z kolei bardzo ciekawe Narodowe Muzeum Kina – bo Turyn to także miejsce narodzin włoskiego przemysłu filmowego i stolica filmu niemego. Nie zawiedzie się miłośnik sztuki bowiem Galleria Sabauda to jedna z najbogatszych pinakotek w kraju, w której zobaczyć można dzieła Rubensa, Rembrandta, van Dycka czy Botticellego. Pewnie znajdą się osoby, które chciałyby zobaczyć całun w katedrze pw. św. Jana Chrzciciela. Do katedry można wejść, ale relikwia nie jest dostępna. Okazja do jej zobaczenia trafia się raz na wiele lat.

Dzięki tanim liniom lotniczym okazja do zobaczenia Turynu trafia się zdecydowanie częściej. Po niespełna dwugodzinnym locie można trafić do miejsca napakowanego historią (Turyn to pierwsza stolica Włoch), sztuką i sportem. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie. Hanys poleca!

Joris Visser/Unsplash

Adrian Waloszczyk