Boże Narodzenie to bez dwóch zdań rodzinne święta. Czy jednak trzeba spędzać je w domu, oglądając Kevina? Może tak spróbować czegoś innego?

– Natale con i tuoi, Pasqua con i vuoi – mawiają Włosi. Tłumacząc: Boże Narodzenie należy spędzać z rodziną, a Wielkanoc z kim się chce. Według mnie nie oznacza to, że nie wolno wyjechać na Boże Narodzenie – można przecież zabrać ze sobą całą rodzinę. Że drogo? Nieprawda. Podlicz sobie, drogi Czytelniku, ile wydajesz z całą rodziną na prezenty, na wystrojenie domu, na wigilijne potrawy i świąteczne ciasta. Dodaj do tego czas spędzony w kuchni i w sklepach. Nerwy stracone w kolejkach do kasy i korkach w drodze do centrum handlowego. Co proponuję w zamian? Wyjątkowe święta pod palmami.

Ischia. Niewielka i wciąż mało znana w Polsce wyspa obok znacznie bardziej popularnej Capri. To właśnie tam spędziłem moje pierwsze włoskie Boże Narodzenie. Dotarcie do niej jest banalnie proste. Wsiadamy w tanie linie i lecimy pod Wezuwiusz. Na lotnisku w Neapolu przesiadamy się w autobus i przez okna obserwujemy legendarny styl jazdy włoskich kierowców. Zapewniam, że takich cudów to nawet w Betlejem nie widzieli.

Wysiadamy przy porcie, gdzie wskakujemy w prom. Zaledwie kilka godzin po wyjściu z domu znajdziemy się w tym bajecznym miejscu ze zdjęcia wyżej. Temperatura? Sprawdzamy. W pierwszy dzień tegorocznych świąt było słońce i 16 stopni. Nie ma więc co liczyć na białe święta, ale… u nas przecież i tak śniegu nie ma. Zamieniamy jedynie deszcz na bezchmurne niebo. Myślę, że uczciwy deal.

Ładna pogoda przyda się, bo na Ischii jest co robić. Można na przykład odwiedzić Zamek Aragoński (z którego zrobione zostało powyższe zdjęcie), do którego dostaniemy się jedynie przez 200-metrowy most kamienny. Chyba że przeprowadzimy atak z morza, jak piraci, którzy często odwiedzali wyspę. Na szczęście dawno, dawno temu.

W tej fortecy – która swoją drogą ma bardzo bogatą, sięgającą V wieku przed naszą erą historię – znajduje się m.in. muzeum tortur. Mimo że zamek robi wrażenie, to nie on jest wizytówką Ischii – są nią źródła termalne. Fanom górskiej wspinaczki polecam wejście na Monte Epomeo. Widok na Wezuwiusz oraz inne wysepki na Morzu Tyrreńskim robi wrażenie, a wejście na szczyt nie jest trudne. Ja miałem szczęście do pogody i – w wigilię – większość trasy pokonałem… ze swetrem w plecaku. Reakcja znajomych, gdy na świąteczne wierszyki odpowiadałem selfie w okularach słonecznych z bajecznym morzem w tle, była łatwa do przewidzenia. Nie wszyscy jednak oznajmiali, że już mnie nienawidzą – sporo osób… pytało dlaczego nic nie powiedziałem o wyjeździe. Jak się okazało, chęć w narodzie do spędzania świąt pod palmami jest dosyć duża.

Wyspa jest w tym okresie oświetlona setkami światełek. Są kolorowe mikołaje, renifery, bombki, gwiazdki i prezenty. Jako że włoska fantazja nie zna granic, znajdziemy nawet ozdobne motyle, flamingi i wiele innych zwierząt. Największą robotę robią według mnie choinko-palmy.

Światełka to nie wszystko. Są też Mikołaje. Dziesiątki Mikołajów. W dodatku ze zdolnością robienia niezłego show, po którym na przykład dochodzi do paraliżu centrum miasta. Na największym z rond – i przy największej z choinek – napotkałem mikołajową orkiestrę, która postanowiła, że da koncert na środku drogi. Do tego swoją przyozdobioną bryką podjechał kolejny Mikołaj, który rozdawał prezenty i zagłuszał orkiestrę świąteczną muzyką z głośników. Jakby tego było mało, był też… renifer na rowerze, który jeździł wokół samochodów, próbujących ominąć całą tę wesołą ferajnę. Zanim podjechali Carabinieri, Mikołajki i Mikołaje rozeszli się po całej wyspie.

Jest jednak coś, co dla Włochów jest ważniejsze od postaci Babbo Natale (Włosi nie wręczają sobie prezentów 6 grudnia), światełek i nawet choinek. To Presepi – bożonarodzeniowe szopki, które pochodzą właśnie z Italii. Jeśli ktoś je uwielbia, to koniecznie musi odwiedzić Neapol i ulicę San Gregorio Armeno, na której znajdzie niesamowite, ręcznie robione szopki i najbardziej oryginalne figurki – aktorów, polityków, celebrytów, a nawet piłkarzy. Ktoś chętny postawić w szopce Arka Milika albo Krzysztofa Piątka?

No dobra, ale jak dokładnie wygląda Boże Narodzenie we Włoszech? Bardzo podobnie jak u nas, chociaż są drobne różnice. Cała rodzina spotyka się na wigilijnej kolacji, ale ta nie rozpoczyna się od opłatka. Na stole królują ryby i warzywa, no i oczywiście nudle – każdy region Włoch ma swoje rodzaje makaronów. W Kampanii (czyli Neapol i okolice) popularny jest makaron z małżami – vermicelli alle vongole. Po kolacji czas na… grę w karty lub tombolę (włoska wersja bingo). Włosi to religijny kraj, więc o północy musi być też Pasterka, po której wszyscy składają sobie życzenia z okazji właśnie rozpoczętych świąt i często dopiero po powrocie z kościoła wręczają sobie prezenty. Przy szklance wina (lub szampana).

Pierwszego dnia świąt odbywa się uroczysty – i oczywiście rodzinny – obiad, podczas którego zjemy lokalne przysmaki, makarony, zupy i mięso. Po solidnym obiedzie czas na słodkości. Bohaterem świąt jest babka drożdżowa z bakaliami – Panettone – a w okolicach Neapolu także Struffoli – smażone w głębokim oleju kuleczki ciasta, obtoczone w miodzie i kandyzowanych skórkach owoców. Po takiej wyżerce dobrze jest wybrać się na spacer. Włosi uwielbiają wychodzić z domów w Boże Narodzenie, zwłaszcza w drugi dzień świąt. Uliczki Ischii wypełniają się uśmiechniętymi ludźmi, którzy co chwilę muszą się zatrzymać, by wyściskać i wycałować napotkanego znajomego. Przy akompaniamencie kolęd i nastrojowej muzyki, płynącej z głośników. Wszystko to w świątecznym klimacie, który trwa do 6 stycznia, czyli święta Trzech Króli – na włoskiej ziemi zwanym Epifania.

W noc z 5 na 6 stycznia do dzieci przychodzi… czarownica na miotle (czyli w zasadzie przylatuje…) – La Befana i to ona obdarowuje włoskie dzieci prezentami. Oczywiście te grzeczne, bo rozrabiaka może liczyć co najwyżej na węgiel lub czosnek. Dlaczego wiedźma rozdaje prezenty? Bo… zawaliła sprawę przy narodzinach Jezusa. Gdy Trzej Królowie przekazali jej informację o narodzinach, odpaliła swoją miotłę i ruszyła do Betlejem na powitanie. Niestety – zabłądziła. Teraz odwiedza domy, w których są dzieci i wkłada do przygotowanych skarpet prezenty, licząc, że któryś z małych szkrabów okaże się Dzieciątkiem Jezus.

Nie trzeba jednak zostawać w Italii do końca świątecznego okresu. Zapewniam, że wystarczy kilka dni, by poczuć wyjątkowość tego czasu, który dla Włochów jest równie ważny jak dla nas. Może więc ustal z rodziną, że w przyszłym roku zamiast prezentów kupujecie sobie bilety lotnicze i spędzacie Boże Narodzenie pod palmami? Bo inaczej nie znaczy gorzej.

Sono Adriano