Nic mnie tak nie denerwuje, żeby nie powiedzieć wkurza, jak szukanie wzorców w „Wielkiej Ameryce”! Kiedyś zza oceanu docierała do nas przede wszystkim muzyka, później, zapewne ku rozpaczy Reja, zaczęliśmy wzbogacać nasz język, a dziś czynimy to już bardziej (zdecydowanie zbyt) obficie. Zresztą, Amerykanów zaczęliśmy czerpać całymi garściami w każdej możliwej dziedzinie. Sport, w tym przypadku, nie jest wyjątkiem. I nie chodzi wcale o naturalizowanie koszykarzy, czy hokeistów, co akurat można zrozumieć i wybaczyć, bo faktycznie, nawet Ci z niższej półki, potrafią grać wyśmienicie. Mam tutaj na myśli przyswajanie niektórych dyscyplin, które ewidentnie powinny pozostać w jednym miejscu naszego globu.

Mało kto jednak wie, że jedną ze swoich sportowych religii Amerykanie zawdzięczają właśnie nam, Polakom. Gdyby nie pewien kraj nad Wisłą, kilka tysięcy kilometrów stąd nikt nie spędzałby wolnego czasu objadając się hot dogami i popcornem na meczach, podczas których ktoś trafia piłkę kijem. Baseball. Dziś większość powie, że to typowa rozrywka Amerykanów, ale w przeciwieństwie do wielu sportów, nie wymyślili go ani Indianie, ani Chińczycy. Korzenie ma zupełnie gdzie indziej. W środkowo-wschodniej Europie, w Polsce. A chodzi oczywiście o palanta. Nie, wcale nie o kogoś konkretnego, bowiem negatywny odbiór tego słowa pojawił się dużo później, niż sama gra, która, ponoć, rządziła już za czasów Zygmunta III Wazy. To polscy emigranci pokazali Jankesom możliwość takiego spędzania wolnego czasu. To oni uczyli ich podstaw i pomagali w rozwoju tej dyscypliny. Podejrzewam, że gdybyśmy wspomnieli o tym fakcie w wizowych negocjacjach, już dawno sprawa byłaby załatwiona.

Problem polega na tym, że Amerykanie potrafią wszystko sprzedać jako swoje, a my nawet własne traktujemy jak cudze. Bo przecież, myślenie?! zmierza w tym kierunku, że co amerykańskie to na pewno lepsze.  Dlatego baseball zarabia krocie, a sprzedaż rękawic i piłeczek idzie w miliony, a o palancie pamiętają już tylko nieliczni. Wstyd, ale przyznam się szczerze, że i ja należałbym do tego niechlubnego grona, gdyby nie trwające w Polsce i Czechach mistrzostwa Europy w softballu.  To dzięki tej imprezie przypomniałem sobie, że dziś wcale nie emocjonowalibyśmy się podobny wyczynami, gdyby nie nasi pra, pra, a może i jeszcze jedno pra przodkowie.

Szkoda, że dziś szesnastowiecznym Polakom wdzięczność wyrażają głównie Amerykanie, a rodacy egzaltują się tym co dzieje się w Chicago, czy innym Nowym Jorku, a nie w Rybniku i Katowicach. Szkoda, że z palantem mamy do czynienia w wielu miejscach, ale na pewno nie na boisku. Wprawdzie w podobny sposób możemy powiedzieć o baseballu, który owszem jest popularny, ale bardziej jako atrybut chuliganów, którzy aktywizują się, nie trafiając w piłkę, a bijąc się po głowach. Zresztą to chyba kolejny dowód, na to, że baseball z palantem, naprawdę, mają wiele wspólnego.

dziennikarz redakcji sportowej Radia Katowice