W Jaworznie GEOsfera i Gródek to dwa stosunkowo nowe miejsca wypoczynku i rekreacji, efekty działań rewitalizacyjnych: przez długie lata mieszkańcy miasta nie mieli wstępu na teren kopalni piasku, a potem też i wysypiska – ba, nikt nawet nie przypuszczał, że kiedyś rejony te zamiast odstraszać, będą przyciągać ludzi w wolnych chwilach. Tymczasem jeszcze w latach 90. celem spacerów okołoprzyrodniczych dla okolicznych mieszkańców były po prostu pola uprawne ograniczane, najogólniej mówiąc przez Niedzieliska, Chropaczówkę, Szczakową, Warpie i Gigant. Umówmy się, nikt nie chodził na spacery, żeby podziwiać dojrzewające kłosy, względnie – ugory, bo różnie w różnych latach zagospodarowanie tych terenów wyglądało. Obiektem wędrówek były zapomniane dzisiaj pagórki, zwane przez miejscowych „wałami” (zapewne z racji potężnych zwałów piasku obok tych naturalnych wzniesień terenu). Wały, jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało, umożliwiały zetknięcie się z krajobrazem Jury w skali mikro: stworzone ze skał wapiennych i porośnięte trawą, idealnie nadawały się na miejsce wszelkiego rodzaju spotkań towarzyskich, ognisk, opalania się albo zbierania owoców z dziko rosnących drzew i krzewów. Gdzieniegdzie bielały w nich kawałki skał, a kto miał szczęście, mógł znaleźć pod nogami amonit (pod tym względem GEOsfera zdecydowanie do dzisiaj jednak wygrywa, fragmenty wapienia z odciśniętymi kształtami muszli są widoczne – jeszcze – nawet w kamieniach, którymi wyłożono drogę do najnowszej inwestycji, tężni solankowej). Ówczesnym hitem wałów dla całej okolicznej dzieciarni był nieczynny już wapiennik – kilkulatki prześcigały się we wspinaczce na jego szczyt. Po zejściu można było otrzymać potężną burę od rodziców i bezwzględny szacunek rówieśników – w gruncie rzeczy się opłacało. Dzisiaj wapiennik już nie istnieje, ba, trudno byłoby nawet wskazać miejsce, w którym stał: rozpadł się na kawałki, erozja zrobiła swoje – zniknął z powierzchni wałów. Tyle tylko, że nikt by go specjalnie nie szukał: od pewnego czasu wały raczej odstraszają (chyba że jest się amatorem mocniejszych trunków wieczorami: dla meneli i nastolatków to jeszcze wciąż miejscówka na imprezy), giną pod zwałami śmieci. Jeśli jeszcze dwie dekady temu jedynym śladem bytności człowieka były wypalone kółka po niewielkich ogniskach, teraz wały to obraz nędzy i rozpaczy, trudno raczej wymyślić, że można tam miło spędzać czas. Dawne ścieżki pozarastały, chaszcze bronią dostępu do obleganych kiedyś tras, w trawie łatwiej wypatrzyć plastikową reklamówkę niż ciekawe gatunki roślin (co kiedyś należało do zwyczajowych elementów spacerów). Nawet rowerowe „hopki” stworzone przez amatorów jazdy na dwóch kółkach okazały się efemerydą. Ba, nawet pejzaże już nie te same: kiedyś ukoronowaniem widoku mogła być lokomotywa pędząca po odległych torach. Ale torów już nie ma, więc też nie ma co liczyć na ładne zamknięcie horyzontu. Komu zależy na dymiących potworach, doceni zapewne obecność wielkiej chłodni wybudowanej niedawno: na pewno ciekawie wypada na zdjęciach. Jednak okolice – prowadzące przez pola ścieżki rowerowe, które łączą wymienione wcześniej osiedla – przeżywają renesans zainteresowania: są w końcu całkiem niezłymi trasami do… uprawiania joggingu. Zwłaszcza że od lat nikt już nie próbuje tu swoich sił w prowadzeniu samochodu, co niegdyś zdarzało się nagminnie.

Uroki tych pól – które mogą stać się przecież drogą do GEOsfery i Gródka – to możliwość spotkania rozmaitych gatunków zwierząt i ptaków – i tu ciekawostka, o ile na terenie GEOsfery można z rzadka spotkać ciekawe okazy ptaków (czapla siwa zaobserwowana tam przypadkiem należy do wyjątków), o tyle w polach przed parkiem jest ich mnóstwo. Wprawdzie sroki od pewnego czasu próbują zaprowadzić własne porządki, ale w trawach mieszkają między innymi czajki, dzikie śpiewy uprawiają potrzeszcze, latem roi się od kukułek, zimą z kolei – od trznadli. Równie atrakcyjne mogą okazać się napotkane stadka zwierząt – to już niespodzianka dla każdego, kto może stanąć oko w oko z przeróżnymi stworzeniami (pamiętam jeszcze odstrzały prowadzone w tych polach na początku lat 90. – od tamtej pory nie widać tu na przykład lisów). W GEOsferze za to najłatwiej spotkać jaszczurki, a teren nad malutkim sztucznym stawem okazał się idealnym miejscem dla ważek. Do GEOsfery nie chodzi się dla zwierząt: musi minąć wiele czasu, zanim te zdecydują się wprowadzić na dawne dno morza. Ten park ma jednak sporo innych zalet i coraz bardziej się rozwija. Dla najmłodszych są tu przygotowane rozmaite ścieżki edukacyjne – można dowiedzieć się czegoś o dalekiej przeszłości, podziwiać ukształtowanie terenu i różne fazy rozwoju Ziemi. Szkoły mogą też przyłączyć się do sadzenia „własnych” roślin: o tym, które klasy sadziły konkretne gatunki, informują odpowiednie tabliczki. Zresztą wiadomości związane z roślinami to podstawowa jak na razie atrakcja edukacyjna GEOsfery: centralnym punktem parku jest „labirynt”: zestaw rabat z wybranymi gatunkami roślin. Każdy gatunek ma swoją tabliczkę z krótką charakterystyką (również braillem) i wystarczy kilka spacerów, żeby przekonać się, które gatunki przyciągają najwięcej owadów (w tym motyli) i w jakich porach dnia. GEOsfera ma również place zabaw dla dzieci, miejsca na grill dla dorosłych. Jest trochę dinozaurków w różnych momentach prehistorii (czasami pozornie bezkształtny „kamień” okazuje się prehistorycznym gadem, odpowiednio opisanym). GEOsfera ciągle się rozwija, co cieszy, chociaż tak naprawdę poza sezonem kwitnienia (i poza sytuacjami towarzyskimi) robi się tam trochę ciasno.

Zawsze można jednak wyjść na kładkę – punkt obserwacyjny, który jeszcze parę lat temu „groził zawaleniem”, a teraz, porządnie wyremontowany, zapewnia ładne widoki – i przejść się na Sadową Górę, miejsce, w którym kiedyś znajdował się rezerwat sasanek – obowiązkowy punkt szkolnych wycieczek. Sasanek w pozostałościach rezerwatu się wprawdzie nie znajdzie, a tablice informacyjne głoszą, że to gatunek wymarły w tym rejonie. Uważni jednak mogą odkryć piękne kwiatki nawet przy ścieżkach spacerowych. Wychodzi na to, że sasanki nie wyginęły, tylko po prostu uciekły.

Gdyby jednak komuś nie chciało się iść na kładkę (z GEOsfery bezpośrednio nie prowadzi tam oficjalna trasa, dla pieszych jest tylko skrót polami), może wejść na drogę, która pod kładką się kończy. I iść nią prosto. Wytrwali trafią do Gródka – ale to już zupełnie inna opowieść.

Izabela Mikrut