Raz dwa trzy, próba felietonu, bardzo przewrotnie zaczętego od opisu strojów. Stefania Grodzieńska w swoich wspomnieniowych książkach od czasu do czasu zanurzała się w temacie mody: bardzo rzadko, bo to zagadnienie w większości przerzucała na jeden rodzaj felietonów, wyśmiewając się bezlitośnie z pewnej idiotki. Jednak kiedy już dla opowieści (a co ważniejsze – dla puenty) nie można było pominąć szczegółów dotyczących garderoby, uprzedzała czytelników płci męskiej, by zamknęli oczy i do lektury powrócili za stronę (lub kilka akapitów). Rozwodziła się wówczas nad detalami kreacji scenicznej, powracała pamięcią do młodych lat, do czasów przed wojną (albo do pierwszych miesięcy wojennych, później już ubiór ustępował znacznie ważniejszym kwestiom) – nie bez powodu. Zwykle opisy kostiumów prowadziły do jakiegoś skojarzenia znacznie głębszego; Grodzieńska nigdy nie pozwalała sobie na zwykłe plotki o fatałaszkach, nie na papierze. Ale w tym podejściu do opisu strojów – i w uprzedzaniu mężczyzn, że nastąpi teraz fragment dla nich niestrawny – zdradzała nieco swój stosunek do różnic płci. I nawet jeśli było to wyostrzane humorystycznie, pozwalało sporo wyczytać na temat źródeł satyry autorki. W każdym razie jednym ze scenicznych kostiumów była czarno-biała suknia (i jej „negatyw” do kolejnego wyjścia), coś, co w „Scenach niemalże małżeńskich Stefanii Grodzieńskiej” znalazło odbicie w kształcie scenografii.

I rzeczywiście o scenografii tym razem słów kilka, bo w pełni zasługuje na docenienie. Spektakl Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza absolutnie urzekał prostotą w „ozdabianiu” sceny. Dwa krzesła – czarne i białe, dla niej i dla niego. Dwie obrotowe zastawki, na których zaroiło się od kotów (ale znalazł swoje miejsce też najsłynniejszy karp z czasów przedTrójkowych, czyli Ignacy). Dwa okna – jedno z powykrzywianymi kształtami, jakby łącznik z zaświatami. I to wszystko – w tak przygotowanej przestrzeni można było do woli eksponować damsko-męskie konflikty. W czasach, gdy niemal wszyscy reżyserzy spektakli rozrywkowych nastawiają się na farsy i na manifestowanie własnej pomysłowości (która objawia się w radykalnym odmienianiu teatralnej zastanej przestrzeni i ukrywaniu owej teatralności, jakby to było coś wstydliwego), w czasach bezsensownego zabudowywania sceny ścianami (z drzwiami), zamieniania sceny w pokój – tutaj wszystko było skromne i bardzo szlachetne. Bez odbierania widzom przyjemności z dopowiadania sobie przestrzeni. I tak dwa krzesła mogły być szezlongiem dla zblazowanego mężczyzny, ale mogły też być wanną, w której radośnie pływał sobie ukochany Ignacy. Okna pozwalały na dialog z Duchem Teatru – przejście między światami. Akcja mogła dzięki temu przenosić się z wnętrza domu na ulicę (genialna scenka z prowadzeniem samochodu, zresztą dwa krzesła wystąpiły tym razem w roli foteli samochodowych), a z ulicy – bezpośrednio w zaświaty. Wystarczyło, żeby zasugerować widzom przestrzeń i żeby bez trudu wprowadzić ich w świat wyobraźni Stefanii Grodzieńskiej.

Z czarno-białą scenografią korespondowały kostiumy aktorów: czarna sukienka w białe kropki Grażyny Barszczewskiej, biała chustka, która mogła zamienić się w fartuszek gospodyni domowej albo posłużyć jako rekwizyt do uwodzenia mężczyzn, czarny garnitur z białymi guzikami i biała koszula z czarnymi guzikami Damięckiego były błyskawicznym nawiązaniem do osławionej sukni Grodzieńskiej. I tylko gazeta (teksty dla męża autorka humoresek wklejała swoim scenicznym partnerom w gazetę, dzięki temu mogła bez większych prób występować w różnych miejscach i z różnymi osobami) była pożółkła – symbol czasów, które przeminęły. Notabene, pięknie ograny został ten jedyny (aż do finału) rekwizyt, który czasem zamieniał się w wałek, czasem w mikrofon. I ten czarno-biały świat sceniczny został ubarwiony przez fantazję autorki – oraz przez wyśmienitą grę aktorską. Grzegorz Damięcki i Grażyna Barszczewska nie bawili się w tani kabaret. Przenieśli odbiorców niemal w krainę rodem z Kabaretu Starszych Panów. Było dowcipnie, prawdziwie lub onirycznie – ale przez cały czas z elegancją, jaką rzadko się dzisiaj spotyka. „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” to spektakl, który chciałbym jeszcze w Chorzowskim Teatrze Ogrodowym pokazać – zasługuje na to w pełni.

reżyser światła i dźwięku, twórca i Naczelny Ogrodnik Chorzowskiego Teatru Ogrodowego