W małżeństwie

Raz dwa trzy, próba felietonu. Jerzy Jurandot był drugim mężem Stefanii Grodzieńskiej (pierwszy w młodym wieku umarł na gruźlicę). Kiedy – jako uznany twórca – siedział na jednej z prób i obserwował popisy tancerek, wpadła mu w oko atrakcyjna brunetka. Zwierzył się z tego sąsiadom w rzędzie, a jedna z koleżanek natychmiast doniosła o tym, w tonie sensacji, Grodzieńskiej. Ta wzięła przejaw zainteresowania za kolejny żart: w końcu od pierwszych chwil znajomości natrząsał się z niej dyrektor teatru, Fryderyk Jarosy. Rozgoryczona Stefania uznała, że panowie mają ogromną zabawę jej kosztem – a ponieważ jako piplaja była jeszcze bardzo naiwna i łatwowierna, błyskawicznie „kupowała” każdy dowcip robiony jej kosztem, przejęła się bardzo. Inny przedmałżeński zgrzyt pojawił się, gdy Jurandot ofiarował tancerce właśnie wydaną książkę. Na pierwszej stronie wydrukowana została dedykacja „żonie”. „Mogłeś powiedzieć, że jesteś żonaty” – wytknęła Stefania z rozgoryczeniem. Dowiedziała się, że Jurandot jeszcze nie jest, ale niedługo będzie. Pobrali się wkrótce i spędzili razem ponad czterdzieści lat, rozdzieleni tylko na krótko po powstaniu warszawskim. Zresztą z tym też wiąże się anegdota, Stefania Grodzieńska we własnych wspomnieniach zdecydowanie wolała z uśmiechem rozpatrywać przeszłość, nawet tę najtrudniejszą – w jej autobiograficznych publikacjach rzadko można znaleźć chwile rzeczywistego żalu. Po wojnie została spikerką w lubelskiej rozgłośni radiowej. W pierwszych dniach wolności poprosiła kolegów o zastępstwo, a dyrektora o wyrozumiałość – postanowiła ruszyć do Warszawy, a stamtąd przejść pieszo do Mor, w których w trakcie okupacji pracował Jurandot – chciała zrobić wszystko, żeby odnaleźć męża. Zgodę otrzymała błyskawicznie, jednak koledzy z pracy zaczęli się zachowywać co najmniej dziwnie: wszelkimi sposobami blokowali Grodzieńskiej możliwość wyprawienia się w podróż. Wszystko stało się jasne po kilku dniach, kiedy zaprosili ją na wielką ucztę przed drogą. W trudnych czasach na stole znalazły się prawdziwe frykasy, a także bimber od niezawodnego dostawcy. Na pytania mieli odpowiedzieć po wyżerce. Kiedy jednak uczta trwała w najlepsze, rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanął Jerzy Jurandot. Uznał, że w Lublinie są niezłe warunki życia – i że należy mu się karniak; bez namysłu sięgnął po butelkę i zaczął nadrabiać zaległości we wznoszeniu toastów. Usłyszał wtedy „my tak na co dzień nie jemy, to jest stypa po panu”. Okazało się wówczas, że jeden z pierwszych uciekinierów z Warszawy przyniósł niepotwierdzoną wiadomość o śmierci Jurandota – nikt nie wiedział, jak przekazać tę informację Grodzieńskiej, wielkie przyjęcie (i mnóstwo bimbru) miały ułatwić zadanie. Na naprawdę poważną próbę ten związek został wystawiony jeszcze raz, kiedy Jurandot doznał udaru i na sześć ostatnich lat życia został przykuty do łóżka, z wciąż sprawnym umysłem i pogarszającym się charakterem. Również te wydarzenia próbuje Stefania Grodzieńska przedstawiać we wspomnieniach z humorem, a przynajmniej zwracać uwagę na chwile, które dostarczały radości mimo wszystko. Jej własne perypetie małżeńskie nijak się mają do twórczości: w tej pojawiają się żony-idiotki, safandułowaci mężowie, albo przedsiębiorcze kobiety i mężowie-mruki. Jedno, co autorka przeniosła do twórczości z własnego życia, to możliwość zadawania przez żonę mężowi dowolnych pytań o dowolnej porze doby: sama przyznawała, że zdarzało jej się budzić Jurandota, żeby wyjawić mu myśl, która właśnie przyszła jej do głowy, a która była kontynuacją wcześniejszej dyskusji. Wprawdzie w „kawałkach”, czyli felietonach i scenkach Grodzieńskiej, ta możliwość została doprowadzona do absurdu, ale w końcu śmiech to właśnie to, za co Stefanię Grodzieńską pokochały całe pokolenia odbiorców.

Jeśli ktoś ma ochotę poznać więcej szczegółów biograficznych z życia tej artystki, może sięgnąć na przykład po tom „Urodził go Niebieski Ptak” – książkę poświęconą Fryderykowi Jarosy’emu, ale zawierającą mnóstwo wzmianek na temat małżeńskich (i nie tylko) perypetii. Stefania Grodzieńska nie potrafi w swoich tekstach nudzić. Na „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” zapraszam więc – jak zawsze – 12 października o 17:00 do Teatru Korez.

reżyser światła i dźwięku, twórca i Naczelny Ogrodnik Chorzowskiego Teatru Ogrodowego